Od Lwowa do Jeleniej Góry
  Fałszerstwa i propaganda ukraińskich nacjonalistów
 

Zawartość tej strony:
Wstęp
Za Samostijną Ukrainę
Dzięki UPA jeszcze żyję
Przebaczenie
Ukraina i Ukraińcy
Pierwsza Ukraina
Produkcja dawnoruskich korzeni Lwowa
W poszukiwaniu źródeł historii
Zachodnia Ukraina
Trucizna „Mówią Wieki"
         Polski pług na Ukrainie - Karol Mazur
         Kraina mlekiem i miodem płynąca - Serhij Lepjawko
         Heroiczna doba kozaczyzny - Dariusz Milewski
         Hetmański cud Chmielnickiego - Piotr Kroll
         Trudna droga pojednania - Mirosław Nagielski
         Rada Perejesławska w 1654 roku - Piotr Kroll
         Pokój Grzymułtowskiego - Krzysztof Mikulski
         Drogi braci Szeptyckich - Rafał Zubkowicz
         W Kijowie i we Lwowie - Bogusław Kubisz
         Po obu stronach Zbrucza - Włodzimierz Mędrzecki
         Od Wołynia do akcji „Wisła" - Grzegorz Motyka
        

Wstęp:
Fałszerstwa i propaganda ukraińskich nacjonalistów była realizowana od dawna. Liczni autorzy ukraińscy wydawali swoje publikacje po ukraińsku i po polsku, a nawet po angielsku. Gdy tylko zmalały wpływy polskiej emigracji na politykę wydawniczą Instytutu Literackiego w Paryżu, Jerzy Giedroyć udostępnił łamy swoich periodyków (Zeszytów Historycznych i Kultury) nacjonalistom ukraińskim. Równolegle dyrektor Radia Wolna Europa Jan Nowak Jeziorański usunął z radia Mariana Hemara, którego audycje o polskim Lwowie drażniły ukraińskich nacjonalistów. Jednak nawet mimo podszywania się ukraińskich autorów pod polski rodowód, było to zbyt wyraźnie nieprawdziwe, dlatego Krajowy Prowid  Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów wydał Uchwałę 22 czerwca 1990 roku przyznawania nagrody w wysokości 15 - 20 tysięcy dolarów amerykańskich dla każdego Polaka, który swoim nazwiskiem uwiarygodni kłamstwa o działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i tak zwanej Ukraińskiej Powstańsczej Armii.
Już w 1992 roku ukazała się książka Henryka Pająka pt.: „Za Samostijną Ukrainę". Książka ta sprawiała wrażenie, że została napisana przez ukraińskiego autora, a nazwisko Henryk Pająk jest fikcyjne. Wkrótce okazało się, że jest to Polak, a książka spełnia wymagania Prowidu OUN.
Pierwszymi, którym udało się dotrzeć do tej „Uchwały" byli prof dr hab. Edward Prus  oraz dr Wiktor Poliszczuk.

Za Samostijną Ukrainę

 Wśród wielu kontrowersyjnych książek o stosunkach polsko ukraińskich, ukazała się w 1992 roku w Lublinie kolejna typowa ukraińska propagandówka napisana po polsku. Autorem jest Henryk Pająk, zupełnie mi nieznany, rzekomo Polak. Książka nosi tytuł „Za Samostijną Ukrainę”. Ponieważ ta „Samostijna Ukraina” jest od Rzeszowa do Lublina, a w treści książki jest potępienie tzw. „Akcji Wisła”, zaliczonej do „ludobójstwa”, czyli Operacji „Wisła", która zakończyła ludobójstwo w Bieszczadach, książka ta spełnia wymogi przyznania nagrody w wysokości 15 - 20 tysięcy dolarów amerykańskich, dla każdego Polaka służącego propagandzie OUN, zgodnie z uchwałą Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z dnia 22 czerwca 1990 roku.
Kim jest Henryk Pająk? W książce podane są następujące informacje: urodził się w 1937 roku w Skarżysku - Kamiennej, studia polonistyczne ukończył w 1963 roku w Lublinie, gdzie pracuje jako literat i dziennikarz. Czy skorzystał z możliwości otrzymania w/w nagrody? Wielu jest Polaków, którym bliski jest los Ukraińców, niezależnie od zaangażowania w walkę o wolność i niepodległość Polski. Ale zrozumienie zagadnień polsko ukraińskich nie może mijać się z prawdą i świadomością historycznych wydarzeń.
Trzeba zatem przytoczyć treść książki. Autor napisał, że „myśli realnie o porozumieniu z Ukraińcami, o przebaczeniu win jednostronnych, czy dwustronnych, przy czym nie może się obejść bez spojrzenia wstecz, również na UPA”. Przyznał, że „UPA nieodmiennie wywoływała dreszcze grozy wśród Polaków kresowych w czasie ostatniej wojny i w pierwszym pięcioleciu po jej zakończeniu”, ale „nie ma zamierzeń osądzać, albo kusić się o syntezy”. Chciał rzucić nieco światła na UPA, na jej szeregowych członków, na ich dramat, nie zapominając o polskiej daninie krwi na Wołyniu i Zachodniej Ukrainie. Co autor nazwał Zachodnią Ukrainą? z tekstu wynika, że na pewno nie zachodnią Ukrainę, można przypuszczać, że albo Małopolskę Wschodnią, albo okręg Lubelsko - Rzeszowski, czasami nazywany przez autora, zgodnie z zaleceniem ukraińskich nacjonalistów, „Zakierzonnym Krajem”. Dalej napisał autor: „nie do przyjęcia jest czterdziestoletnie widzenie UPA, jako organizacji faszystowskiej, bandyckiej, polakożerczej, porównywanej do watahy „bulbowców” i „międzywsiowych rizunów”, a różnic tych nie dostrzegł niestety nikt z współczesnych świadków zbrodni ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Narodzie Polskim. Zamiarem autora było, niezależnie od „kontrowersyjnych dróg”, przedstawienie w książce bohaterskiej walki UPA o „Samostijną Ukrainę” w okręgu Lubelsko - Rzeszowskim, w oparciu o dokumenty z archiwów Urzędu Bezpieczeństwa. Należy przypomnieć, że wiarygodność tych dokumentów dawno została podważona, udowodnione zostały liczne prowokacje dokonane na zlecenie moskiewskich mocodawców, również przy pomocy byłych „żołnierzy UPA” zwerbowanych do sowieckich służb specjalnych. Mimo to dokumenty te służyły i służą nadal do uprawiania omawianej propagandy.
Na samym początku przedstawiona jest odezwa adresowana do Polaków zamieszkałych na terenach „Zakierzonnego Kraju” - Oto „odpowiedź” (na co?) Ukraińców: „Prasa polska, kierowana przez instrukcje i rozkazy propagandy bolszewickiej, zamieszcza często artykuły i wiadomości pełne oszczerstw pod adresem Ukraińskiej Armii Powstańczej i ukraińskiego ruchu niepodległościowego. Najczęściej stosowane kłamstwa rzucane pod adresem ukraińskiego ruchu, to:
1. - że ukraiński ruch niepodległościowy jest ruchem faszystowskim,
2. - że był proniemiecki i prohitlerowski,
3. - że wojskowymi operacjami UPA kierują oficerowie niemieccy,
4. - że Ukraińcy brali udział w tłumieniu powstania warszawskiego,
5. - że ukraińscy powstańcy mordują Polaków, palą wsie polskie, znęcają się nad ludnością cywilną.
Wszystkie te zarzuty są wymysłem i kłamstwem”.
Czegoż tu nie ma w tej „odpowiedzi”, istny galimatias. Niestety prawdziwość tych zarzutów nieopatrznie znajduje potwierdzenie nawet w omawianej książce.
1. - „Ukraińska Armia Powstańcza była zbrojnym ramieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Głównym jej celem było wystraszenie Polaków oraz wymordowanie tych, którzy nie chcieli się bać,” na całym terenie Małopolski Wschodniej i na Wołyniu, co było zgodne z polityką Moskwy. Najlepszym dowodem jest to, że władze sowieckie nie broniły Polaków przed ukraińskimi bandami, dając im pełną swobodę działania.
2. - Gdyby niepodległość państwa ukraińskiego została ogłoszona 30 czerwca 1941 roku w Paryżu, miałoby to większy sens. Ogłoszenie niepodległości we Lwowie, mieście ciągle jeszcze polskim, prężnym ośrodku kultury polskiej, w którym Ukraińcy byli intruzami, mijało się z celem. Dla Ukraińców miało to znaczenie propagandowe. Niemcy posłużyli się nimi do wymordowania polskich intelektualistów, a następnie po kilkudniowym istnieniu zlikwidowali rząd ukraiński Jarosława Stećki. Była to wielka klęska nacjonalistów ukraińskich. Niezwykłe są fantazje autora, jakoby UPA zlikwidowała dziesiątki tysięcy okupantów niemieckich, a Niemcy rozstrzelali dziesiątki tysięcy patriotów ukraińskich. Niewielka była liczba Ukraińców aresztowanych przez Niemców, a nawet aresztowany Stepan Bandera nie został rozstrzelany. Znajomość historii Henryka Pająka nie wymaga komentarza, gdzie to on słyszał o Polakach - kolaboracjonistach? Polska, jako jedyny kraj w Europie nie miała kolaborantów, nie miała swojego Quislinga.
3. - UPA i SS „Galizien”, „bulbowcy” i „międzywsiowi rizuni”, byli kierowani przez ugrupowania nacjonalistów ukraińskich, wszystkie te jednostki były złożone z ochotników, może często rekrutowanych po wsiach przy pomocy terroru. Oficerowie niemieccy nie tylko dowodzili w SS „Galizien”, ale również szkolili kadry UPA i to jeszcze przed wojną.
4. - Udział Ukraińców w tłumieniu Powstania Warszawskiego, to nie jest najważniejszy problem stosunków polsko - ukraińskich.
5. - Czy można mówić o humanitaryźmie UPA, organizacji wybitnie zbójeckiej, terrorystycznej, nawet za 15 - 20 tysięcy dolarów, wywołuje to oburzenie licznych żyjących jeszcze świadków dokonanych zbrodni. I chociaż to wojsko, któremu ludność polska pomagała w „Akcji Wisła”, było wojskiem ludowym, to w tym czasie przypadki rabunków, jeśli miały miejsce, były bezwzględnie karane, nie mówiąc już o możliwościach dokonania mordu. Wojsko było zdyscyplinowane, mordowanie w bestialski sposób ludności bez względu na wiek i płeć było specjalnością ukraińskich band z UPA. Tych, którzy tego nie przeżyli i nie wierzą aby to było możliwe odsyłam do książki księdza biskupa Wincentego Urbana „Droga krzyżowa Archidiecezji Lwowskiej”.
Sztuczką propagandową jest porównywanie „bulbowców” z własowcami, czyli Ukraińców z Rosjanami, autor chciałby posłużyć się tym porównaniem do wybielenia bandytyzmu UPA.
Akcje Ukraińców przeciw Żydom znane są powszechnie. Antysemityzm jest cechą ludzi o niskiej kulturze, a tacy są w każdym narodzie. Antysemityzm wśród Polaków tworzą i podsycają sami Żydzi. Nie można się dziwić, że wśród Ukraińców było wielu antysemitów, sam autor książki napisał, że 6 klas szkoły powszechnej (podstawowej), to była dla Ukraińców wysoka poprzeczka. Cytując ukraińską odezwę Henryk Pająk przyznał, że ona nie może przekonać tych, którzy przeszli przez koszmar „czerwonych nocy” na Wołyniu i na tym można by zakończyć omawianie książki, ale to dopiero 7 strona. To dopiero początek.
„Po zakończeniu wojny część sił frontowych (Armii Czerwonej i Wojska Polskiego) zostaje rzucona do walki z UPA, oraz AK i WiN.” Jak to zgrabnie można w jednym szeregu umieścić AK i UPA. Ten fakt służył już wielokrotnie do oszustwa historycznego. Znamiennym był cykl artykułów pt.: „Towarzysze Broni”, drukowany nie dawno w prasie emigracyjnej. W życiorysach upowców autor opisał „przymusowy nabór ochotników do narodowej partyzantki UPA i dla złapanych wyroki śmierci w więzieniach PRL, na których prezydent Bierut (jak już wiemy agent NKWD) napisał, że nie skorzysta z prawa łaski.
W UPA dezercję karano kijami przed frontem oddziału - napisał Henryk Pająk - nie słyszałem o takich karach w AK.
„UPA była zaciekle zwalczana po obydwu stronach Bugu ... Rzezie na Polakach z lat 1943 - 1944 legły ponurym cieniem na opinii tej organizacji. Upowców powszechnie utożsamiano z bulbowcami ... Każdy Ukrainiec przyłapany z bronią w ręku, który przyznał się do przynależności do UPA, za zbrojny opór, za kontynuacją walki o „Samostijną”... był rozstrzelany. Tylko kilku z kilkuset upowców rozstrzelanych wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie przyznało się, że zastrzeliło tego, czy owego Polaka”. Pomijając styl, który nie przynosi chluby lubelskiej polonistyce, autor podaje ciekawe liczby do porównania „towarzyszy broni”. Całe UPA miało zaledwie parę tysięcy, a poszczególne oddziały liczyły od 30 do 120 osób. W czasie kiedy „z wyroku” sądowego rozstrzelano kilkuset Ukraińców, zginęło bardzo często bez wyroku w więzieniach PRL co najmniej 40 tysięcy Polaków. Do zbrojnych działań upowców należało sabotowanie akcji przesiedleńczej i tu autor podał znowu bardzo istotne liczby, dotyczące „osławionej akcji Wisła, której celem było zniszczenie naturalnej bazy UPA... Ten olbrzymi exodus, który autor książki oszacował na 150 - 200 tysięcy osób wysiedlonych tylko na polskie Ziemie Odzyskane, miał zadać rozstrzygający cios samej UPA”. Z Kresów Wschodnich wywieziono na Sybir 1,5 do 2 milionów Polaków, a w latach trzydziestych z zachodniej Ukrainy, z tzw. Marchlewszczyzny dwa razy tyle. Ilu Polaków wysiedlono na zachód, tym się również nikt nie martwił, ani obłudnie, ani cynicznie, choćby był generałem - dla (str.16) Henryka Pająka, to nie był olbrzymi exodus.
Na stronie 20 przedstawione zostało zeznanie 16 letniego upowca zatrzymanego przez (Ludowe) Wojsko Polskie: ...Wykładowca polityczny „Kruk” mówił jeszcze, że jeżeli kto z nas ucieknie z bandy, to jak go złapią, to go powieszą, albo rozstrzelają. Jakoś niepolitycznie mówił „Kruk”, może dlatego, że sam dostał od „Orła” 15 batów, za to, że się upił. Taki obraz bandy UPA został nakreślony jakby przez pomyłkę w tej apologetycznej książce. Chociaż wojna się skończyła, UPA nadal terroryzowała polską ludność i dopiero operacja „Wisła” skutecznie położyła kres mordowaniu ludności polskiej. Siła była jedynym językiem wówczas zrozumiałym dla Ukraińców i chociaż tą siłą kierowała obca Polakom władza, to jednak ratowała im życie i to jest objektywne spojrzenie na istotę powojennego ruchu ukraińskiego na „Zakierzonnym Kraju”, tego faktu Henryk Pająk nie dostrzega.
Zdaniem autora upowcy byli bardzo odważni. Nie ulega wątpliwości, że odwagi dodawał im fakt, że „dość marnie byli uzbrojeni Polacy, którzy skrzyknęli się głównie dla obrony przed atakami oddziałów UPA (mających współpracowników w osobach komendantów posterunków oraz liczne wtyczki w MO i UB)”. Po licznych pijaństwach, o których mowa w książce, odwaga wobec bezbronnych wzrastała, a po aresztowaniach, w więzieniach, natychmiast nikła i zaczynało się wzajemne „sypanie” (str. 80-82 oraz 98-99).
Na stronie 36 Henryk Pająk powołuje się na 16 tom wydawanego w Kanadzie „Litopisu UPA” poświęconego - jak napisał autor - „bohaterom walki o Samostijną”. Oto widzimy z jakich źródeł korzystał autor książki.
Fakt, że do obydwu organizacji UPA i AK (oraz WiN i NSZ) przenikały wtyczki komunistyczne posłużył autorowi jako dowód wspólnoty „towarzyszy broni”, chociaż na dalszych stronach książki (str.86) można znaleźć zaprzeczenie tej wspólnoty. Jak w takim przypadku potraktować spotkanie w więzieniu PRL AK-owców z gestapowcami? czy to też towarzysze broni?
Niezrozumiałe jest dlaczego zdaniem autora stan wojenny (13.XII.1981) wpłynął na wzrost pewności siebie „dawno zdemaskowanego agenta” i przyczynił się do udzielenia przez niego wywiadu w Polityce w 1984 roku (str.39). Dalej autor wydaje się nie wiedzieć, że Lwowska GL była organizacją niezbyt liczną, ogólnie w całej Polsce jej stan liczebny w stosunku do AK był niewielki. Zdemaskowany agent „Zenon” (który podobno już nie żyje) w omawianej książce ma różne życiorysy, (str.39) nasuwa się przypuszczenie, że albo to są różne postacie, lub też właściwy „Zenon” jest postacią fikcyjną, podobnie jak nagłośniona Stella Krenzbach. Tu jednak autor powrócił do realnych liczb (str.40) pisząc o dziesiątkach ofiar zaangażowanych Ukraińców wyłapywanych przez UB, to już nie dziesiątki tysięcy wymyślane poprzednio. „Ponury serial ... wsyp na najwyższym szczeblu (UPA) rozpoczął się ... aresztowaniem we Wrocławiu szefa UPA „Oresta” , Myrosława Onyszkewycza. Inne nazwiska ukraińskie autor pisał już po polsku: Gadomski, Przepiórski, Bielecka itd. Onyszkiewicza jakoś było mu nie sposób.
Kolejny akcent „towarzyszy broni” znajdujemy w rozdziale pt. „Jak to było możliwe?” Otóż pocieszeniem dla ofiar „Zenona” i ocalałych upowców ma być ubowski agent „Zygmunt” w najwyższym kierownictwie WiN. Wszyscy członkowie „IV Głównego Zarządu WiN zostali straceni, ocalał tylko sekretarz i szef organizacyjny Stefan Sieńko - „Wiktor”, który był na usługach „Zygmunta” i UB. Autor podał, że „przeszło dwa miliony żołnierzy sowieckich znajdowało się na terenie prawobrzeżnej Polski, (która to prawobrzeżna, a która lewobrzeżna?) gdy UPA 23 stycznia 1945 roku rozbiła zbyt aktywny posterunek MO w Dołhobyczowie. (str.51) Dzielni upowcy napadali tylko na posterunki MO i PePeRowców, ale zdarzało się, że spalili całą wieś (str.52), a „największym bojowym fajerwerkiem UPA stał się atak na Hrubieszów, 28 maja 1946 roku. (wspólnie z WiN) Akcja na Hrubieszów była zwieńczeniem współpracy UPA z polskim podziemiem”, w akcji brało udział 120 Ukraińców i 25 Polaków (str.52). Był to jedyny przypadek niesubordynacji oddziału polskiego. Tę niezwykłą współpracę podsumowano „na konferencji naukowej Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w maju 1990 roku”.
W trakcie czytania książki Henryka Pająka, bez przerwy nasuwa się myśl, że to strata czasu, że poza nielicznymi wiadomościami i podanymi liczbami, cała treść przekreśla jej wartość historyczną. Pomijając przywołane prowokacyjne dokumenty ubowskie jako prawdziwe, wszelkie sugestie są pozbawione zdrowego rozsądku. Na przykład, jak autor wyobrażał sobie możliwość przepędzenia przez dzielnych żołnierzy UPA owych dwu milionów „nękających ich licznymi wypadami - jednostek wojsk sowieckich”, niezależnie od „retorycznego pytania, co one tu jeszcze robiły półtora roku po zakończeniu wojny.” (str.53) To tu, to też nie wiadomo gdzie, czy w całej Polsce, czy w „Zakierzonnym kraju” - gdzie jest Ukraina od Rzeszowa do Lublina.
Autor udawał, że nie wiedział o tym, że wojska sowieckie stacjonowały w Polsce, jeszcze w czasie pisania przez niego omawianej książki oraz to, że Polacy we Lwowie i w Wilnie wybitnie negatywnie oceniają obecną zależność od Ukraińców i Litwinów, ze względu na ich szczególną wrogość i ograniczenia dla kultury polskiej, stwarzającej sytuację gorszą od okupacji sowieckiej.
Wartość historyczną pracy Henryka Pająka przekreśla brak chronologii, żonglerka czasem oraz niezgodność podawanych liczb. (str. 56) - „W ciągu kilku miesięcy wysiedlono stamtąd (Z „Zakierzonnego Kraju”?) około 50.000 Ukraińców. W walkach zginęło około półtora tysiąca uzbrojonych upowców”, a to już niezgodne jest z tym co było poprzednio (str. 16).
Brak w książce liczby bezbronnych Polaków wymordowanych przez uzbrojonych po zęby upowców, jak również żołnierzy polskich, którzy zginęli w obronie mordowanych, ta sprawa autora zupełnie nie interesuje.
Rozdział pt. „Upowcy też ludzie” (str. 58) poświęcony współpracy UPA z władzą ludową, należałoby uzupełnić skutkami działalności upowców - ubowców w zwalczaniu AK, jako „zwieńczenia” akcji „wyczyszczania ziemi z Polaków”. Prawdę tę już znaną autor pominął milczeniem. Zwalczanie AK leżało w interesie UPA i to uzasadniało współpracę z władzą ludową.
Że nie mogło być współpracy AK z UPA wyjaśnia „stała formuła oskarżenia... winny... brał udział w nielegalnym związku UPA mającym na celu oderwanie południowo - wschodnich części obszaru Państwa Polskiego” ... a o to ani AK, ani WiN i NSZ oskarżyć się nie da.
Henryk Pająk ubolewa (str. 64) z powodu „nieporównanie łagodniejszego traktowania (przez UB) Polaków podczas śledztwa w więzieniach i pomijania Ukraińców w kolejnych amnestiach 1947 i 1952 roku, co niezupełnie jest zgodne z prawdą, ale przyznaje, że z upowcami rozprawiono się w latach 1945 - 1947, gdy Polacy byli ofiarami „jeszcze nawet w 1955 roku” oraz do końca PRL-u. W czasie gdy wyrok śmierci dosięgnął 62 członków UPA wykonano 150 wyroków śmierci na członkach polskiego podziemia (str. 65). Autor nie wyjaśnił na czym polegała wspomniana przez niego niezgodność walki o Samostijną Ukrainę z interesami granicznymi ZSRR, agresja na ziemie polskie była celem zarówno Związku Radzieckiego, jak i Ukraińców.
Rozdział o współpracy WiN i UPA powstał zapewne dzięki ubowskiej prowokacji, w celu zarzucenia WiN zdrady narodowej, świadczy o tym również przywołana w książce (str. 67) „Hipoteka inspektora Jana Szatowskiego ... z ... 27 Wołyńskiej DP AK”. Nikt nikomu z 27 DP AK nie może zarzucić współpracy z Ukraińcami.
Szczyt naiwności osiąga autor, gdy napisał o gwarancjach ukraińskich (str. 68), których wartość nie różniła się od gwarancji sowieckich, danych 16 przywódcom Polski Podziemnej oraz gdy cytuje ukraińskie odezwy i przestrogi czysto propagandowe (str. 58 i 78).
„W miarę upływu czasu coraz więcej napływało agentów sowieckich do UPA, tylko na teren powiatu Biała Podlaska wysłano ich 600” (str. 74). Na str. 75 autor wymyślił dla powiatu Biała Podlaska rewelacyjną nazwę „niepodległa republika podziemia polskiego i ukraińskiego”, skąd tam się wzięli Ukraińcy?
Jeszcze jedno prawdziwe światło na UPA rzucone zostało na str. 77, kiedy zdezerterował z UPA Piotr Maciejuk ps. „Kałyna” z Międzylesia, w konsekwencji bojówka zastrzeliła jego matkę w zamian „za nieuchwytnego syna”, a dopiero później zabito samego „Kałynę”. Terror, odpowiedzialność zbiorowa, ludobójstwo, to cechy „bohaterskiej UPA”. (str. 84 - 85)
Rozdział „Wierzchowiny, czyli brzydka sprawa” zajmuje się zagadnieniami nazywanymi w języku polskim „moralnością Kalego”.
W rozdziale pt. „Stać się Polakiem” autor powątpiewa w prawdziwość bardziej smutnej prawdy, wielowiekowego powinowactwa, a nawet pokrewieństwa, dzisiaj sobie wrogich dwu narodów. Negowanie tego stawia autora w rzędzie przeciwników pojednania polsko - ukraińskiego.
Dalsze kolejne rozdziały, z wyjątkiem jednego, nie wnoszą żadnych nowych istotnych szczegółów, są jedynie pogłębieniem tych samych treści, bez zmiany spojrzenia na problematykę stosunków polsko - ukraińskich, dlatego omawianie ich mija się z celem - ograniczę się wyłącznie do podania ich tytułów: Życiorys upowca. Poddał się. (zeznania spisywał por. Wojciech Jaruzelski) Wpadka „Bahrianego”. Zeznania „Oresta”. W rękach „Zenona”. Najdłuższy proces. Sprawa ukraińska w dokumentach WiN. Z archiwum UPA.
Tym jednym rozdziałem, który moim zdaniem zasługuje jeszcze na uwagę jest rozdział pt. „Po latach”. Zacytowany w nim jest „Fragment uchwały Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów” na który zwróciłem uwagę na samym początku. Henryk Pająk pyta: „fałszywka to, czy nie?” i stara się przekonać czytelnika, że to „fałszywka”.
Jeśli to jest „fałszywka” to jak wytłumaczyć fakt, że jest systematycznie realizowana. Krzewienie kultu „bohaterów” nacjonalistów ukraińskich, których zbrodnicza działalność, chwała Bogu Lwów dotknęła w małym stopniu, ale wsie Wołynia i Małopolski Wschodniej przeklinają te nazwiska tak samo jak Stalina i Hitlera, a może jeszcze więcej. We Lwowie wielu nazwiskami zbrodniarzy nazwano ulice. Na przykład ulica Leona Sapiehy, wielce zasłużonego dla Lwowa, podczas okupacji sowieckiej nosiła miano Stalina faktycznego twórcy Ukrainy, następnie Pokoju, a obecnie została przemianowana na Stepana Bandery (świetny to następca Stalina).
Sprawa opodatkowania Ukraińców na emigracji na cele narodowe jest prawdziwa i godna pochwały, szkoda, że Polacy tego nie stosują. Smutny to fakt, że „ukrainizm pomarł” na Naddnieprzu. Ukraińska polityka zagraniczna prowadzona jest zgodnie z uchwałą Prowidu. Widoczny jest w ukraińskiej prasie brak tolerancji dla odrębności narodowej Białorusinów. Znane jest ciągłe utrudnianie odbudowy cmentarza Orląt we Lwowie. Cmentarz Obrońców Lwowa jest solą w oku ukraińskich nacjonalistów. Znane są trudności stawiane księdzu arcybiskupowi Jaworskiemu w organizowaniu archidiecezji. Jak wytłumaczyć bezprawne, samowolne zawłaszczenie kościołów św. Elżbiety i O.O. Bernardynów. Niczym nie można wytłumaczyć przywłaszczenia sobie przez władze ukraińskie zbiorów i budynków Ossolineum oraz innych dóbr kultury, będących własnością polską. Czy Henryk Pająk wyobraża sobie, by Francuzi mogli zagarnąć bibliotekę Adama Mickiewicza w Paryżu? nawet z powodu niepłacenia podatków!
Na „książęcy gród Przemyśl” zwrócili moją uwagę Ukraińcy w Australii. Otóż były dwa grody o tej samej nazwie. Jeden po którym od tysiąca lat istnieje obecnie miasto oraz drugi, o którym była mowa w latopisie Nestora, który tworzył trójkąt z dwoma grodami, Wołyniem i Czerwienią, po których ślad zaginął. Te piastowskie grody zostały całkowicie zniszczone w X i XI wieku podczas ciężkich walk polsko - ruskich. Polacy zostali pobici i rozproszeni.
Prawdą jest, że prasa, radio, telewizja polska przemycają wiele fałszywych informacji dotyczących stosunków polsko - ukraińskich i wiele antypolskiej propagandy. Publikacje ukraińskie pisane po ukraińsku, po angielsku i po polsku przedstawiające niezgodnie z prawdą, antypolską propagandę, są pomijane milczeniem ze strony polskiej. Oburza to żyjących świadków zbrodni ludobójstwa dokonanego przez UPA na Narodzie Polskim. Niezrozumiałe jest to, dlaczego Henryk Pająk nazywa „grą na polskich fobiach narodowościowych” mówienie o prawach narodu polskiego. Ukraińcy postulują, aby w Polsce wyciszać antyukraińskie antagonizmy, ale sami jak mogą nagłośniają antagonizmy antypolskie. Czy można mówić o pojednaniu polsko ukraińskim bez udziału Ukraińców. W uchwale Krajowego Prowidu OUN nie ma jednego zdania, które mogłoby zaprzeczyć jej prawdziwości, a zatem jeśli jest ona fałszywa, to napisana jest genialnie z całkowitym przewidywaniem przyszłości. Sam tytuł omawianej książki jest potwierdzeniem realizacji zaleceń uchwały Prowidu, nie można mieć żadnych wątpliwości.

„Dzięki UPA jeszcze żyję."

Przecieram oczy ze zdumienia, oto jest ktoś, kto zawdzięcza życie UPA. Któż to taki? Nie do wiary! Jest nim wysoki urzędnik ministerialny w rządzie Izraela, pani Stella Krencbach. Ona zawdzięcza Bogu i UPA, to, że żyje i wszystkimi swoimi zdolnościami przez 38 lat mogła służyć wolnemu Izraelowi. Trzeba przyznać, że nie bardzo śpieszyła się, aby dać świadectwo prawdzie. Aż 38 lat czekała na opublikowanie swego świadectwa. Dlaczego tak długo zwlekała, pozbawiając świat możliwości poznania prawdy. Dopiero teraz, to jest w lipcu i sierpniu 1985 roku, jej świadectwo zostało wydrukowane w ukraińskim biuletynie „Gromada” w Newcastle w Australii. Dlaczego właśnie tam?
Oto Bóg - pisze Stella Krencbach - dał jej nieżydowskie oblicze, nie odróżniające jej od innych dziewcząt Ziemi Ukraińskiej (chodzi tu o Małopolskę Wschodnią), co było w czasie wojny nie bez znaczenia.
Urodziła się w miasteczku B. (?) odległym 75 kilometrów od Lwowa. Ojca jej szanowali nie tylko Żydzi, ale też rodowici (?!) mieszkańcy tej ziemi. Byli to ludzie niezwykle zacni, żyjący zgodnie z zasadami Bożymi, pilnowali swego, ale szanowali cudze. (Świetny tekst!) Nie dziwiła się, że jej ojciec przyjaźnił się z grecko - katolickim dziekanem, z którym często dyskutował o Starym Testamencie. Jego córka od pierwszej klasy była najbliższą przyjaciółką Stelli. Po ukończeniu szkoły ludowej ojciec posłał Stellę do miejscowego gimnazjum, nauczającego w języku ojczystym (t.zn. ukraińskim), chociaż było w miasteczku też polskie gimnazjum państwowe (nauczające w języku obcym!? - to znaczy polskim). Ojciec mówił, że w ukraińskiej szkole będzie mniej poniżana, ale się bardzo pomylił używając słowa „mniej”, bo przez osiem lat nauki w ukraińskiej szkole nie zaznała nigdy poniżenia. Otoczyła ją przyjazna atmosfera, odnoszono się do niej jak do Ukrainki. W gimnazjum uczyła się szczegółowo literatury ukraińskiej i poznała jej wielkiego ducha. I tak z czasem nauczyła się nienawidzieć wrogów Ukrainy i miłować jej przyjaciół. (Czyż to nie piękny tekst, a należy przypomnieć, że działo się to w Polsce, na wiele lat przed wojną i nie trzeba wyjaśniać, jakich to wrogów nauczyła się nienawidzieć.)
W domu - pisze dalej Stella Krencbach - wychowywano ją w obyczajach starozakonnych, nie używano żargonu, (języka używanego przez polskich Żydów) ale czystego języka hebrajskiego. Ojciec zaszczepiał jej systematycznie miłość do Izraela, ojczyzny zniewolonej tak samo jak Ukraina! - Tak pisze wychowanka Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie! - W 1935 roku po maturze chciała studiować na lwowskiej medycynie, ale razem z 38 Ukraińcami nie została przyjęta. Była jedyną Żydówką, która nie została przyjęta, (wszyscy pozostali Żydzi po polskich i żydowskich szkołach zostali przyjęci). Chciałaby winę zrzucić na polskie władze uniwersytetu, jakie to ją spotkało prześladowanie. (Trzeba jednak dopowiedzieć, że na lwowskiej medycynie i na prawie Żydzi stanowili bardzo wysoki procent studentów, tak samo studiowali Rusini - Ukraińcy, a wśród profesorów byli zarówno Żydzi, jak i Rusini - Ukraińcy, na przykład prof. Łastowiecki oraz Panczyszyn. Stella Krencbach nie napisała o wynikach egzaminu na studia, w szkołach ukraińskich na ogół był zbyt niski poziom.) Została przyjęta na studia na Wydziale Filozoficznym. W tym roku jej rodzice wyjechali do Palestyny, ona miała tam przyjechać po skończeniu studiów. Stella Krencbach nie wyjaśniła dlaczego koniecznie musiała studiować na znienawidzonym polskim uniwersytecie we Lwowie. W czerwcu 1939 roku zakończyła studia i otrzymała dyplom doktorski. Nie wyjaśniła też dlaczego nie wyjechała po skończeniu studiów, rzekomo miała zarezerwowany na 28 września bilet na statek z Konstancy w Rumunii do Palestyny. Od 1 września Polska walczyła z Niemcami i Stella miała 17 dni na wyjazd, na co czekała, w co była zamieszana, dlaczego nie wyjechała, sprawa zupełnie niejasna. „Nowi gospodarze, - pisze Stella - bolszewicy, początkowo dobrze traktowali Żydów”. Stella Krencbach otrzymała posadę w szkole średniej, przemilczając swoje pochodzenie socjalne (jaka to była arystokratka!). Jednak nie minął rok, gdy podczas aresztowania udało się jej uciec. Nastał czas wywożenia Żydów na Sybir. (Czy tylko Żydów? - ilu? czy wszystkich? Polaków nie wywożono.) Odtąd musiała się ukrywać u swojej przyjaciółki, która dzieliła się z nią ostatnią skórką chleba, narażając dla niej swoje życie. (Nie jest to zgodne z prawdą, za sowietów nikt nie narażał swego życia ukrywając Żydów, takie fakty miały miejsce dopiero podczas okupacji niemieckiej.) Przyjaciółka była tak samo samotna, matki nie miała od dziecka, a ojca wspomnianego już księdza, zabili na początku wojny POLACY, tak zwany legion śmierci (!) składający się z samych kryminalistów, wysłany (przez kogo?) w celu palenia wsi ukraińskich (!) i zabijania świadomych Ukraińców. (Wymyśliła sobie Stella Krencbach wyssany z palca polski „legion śmierci” tropiący świadomych Ukraińców. Jak mieli wyróżniać nieświadomych tego Stella Krencbach nie napisała. Zapomniała też jaki szok przeżywali Polacy podczas klęski wrześniowej, kiedy niemal każdy młody Polak starał się dostać do wojska polskiego na zachodzie.)
Kiedy Niemcy wkroczyli do Lwowa Stella była jedyną Żydówką, którą ten fakt uradował. Myślała, że Niemcy stworzą Ukrainę, a sami pójdą walczyć z bolszewikami. Wkrótce jednak rozczarowała się, radość zastąpiło oburzenie i strach. To co Niemcy robili z Żydami, a wkrótce z Ukraińcami, było przedłużeniem tego samego co czynili bolszewicy. Stella mieszkała nadal ze swoją przyjaciółką i pracowała jako krawcowa, szyjąc w ukraińskich domach.. Miała ukraińskie dokumenty, ale nerwy jej nie wytrzymywały kiedy widziała jak wielotysięczne kolumny Żydów szły pokornie na śmierć, prowadzone przez niewielu policjantów. (Stella zapomniała wyjaśnić, czy to byli policjanci żydowscy, czy ukraińscy - bowiem tylko tacy mogli być.) Żydzi szli jak niewolnicy, chociaż lepiej było zginąć w walce śmiercią bohaterską, tylko tym Żydom brakowało odwagi, z której obecnie słyną synowie Izraela. Życie dla Ukraińców we Lwowie stawało się niebezpieczne. Więzienia zapełniły się ukraińską młodzieżą, inteligencją oraz świadomymi wieśniakami. Aresztowania, rozstrzeliwania, wywózki do obozów koncentracyjnych były na porządku dziennym, tylko Ukraińcy nie byli tak pokorni jak Żydzi.
Krew za krew, śmierć za śmierć. (To przecież żydowskie hasło - oko za oko, ząb za ząb.) Nadchodziły wieści z Wołynia o UPA, a wkrótce ruch ten ogarnął całą „uwolnioną” Ukrainę (przez Niemców?). (To jest niezgodne z prawdą, na Ukrainie nie było UPA, UPA działała tylko na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.)
Z poręczenia swojej przyjaciółki została przyjęta do UPA, znalazła tu dla siebie ratunek, cała była naelektryzowana nienawiścią i żądzą zemsty na wrogu. (?) Było to 7 listopada 1943 roku, gdy została członkiem bohaterskiej UPA. Nikt tu nie dzielił ludzi według rasy, wyróżniano tylko ludzi uczciwych i nieuczciwych. (Jakie to było cudowne, chociaż niezgodne z ideologią OUN - UPA, co na to powiedziałby twórca tej ideologii - Doncow). Do lipca 1944 roku ukrywali się w lasach koło Lwowa. W tym czasie Stella ukończyła kurs sanitarny, prowadzony przez dwu lekarzy Żydów i jednego Ukraińca. W grupie tej było12 Żydów, z których 8 było lekarzami. Myślę, że po polskiej medycynie. Gdy w lipcu 1944 roku bolszewicy (bolszewicy to lepiej brzmi niż sowieci), znowu powrócili na Zachodnią Ukrainę (czyli do Małopolski Wschodniej) Stella otrzymała rozkaz udać się do miasteczka R (?), aby podjąć pracę w miejscowej (to znaczy sowieckiej) milicji. Naczelnikiem był Żyd, komunista, partyjny aparatczyk. Stella była jego sekretarką i dobrze grała swoją rolę sympatyczki komunizmu, przekazując wszystkie informacje dla UPA, aż do wpadki, kiedy dostała się do więzienia. W więzieniu siedzieli głównie ludzie starsi, młodzież była w UPA. Stella była przesłuchiwana przez pięć tygodni, męczona i bita milczała i nikogo nie wydała. Do dziś ma ślady na ciele. Otrzymała wyrok śmierci. W celi śmierci, która ledwo mogła pomieścić 12 osób, siedziały 24 osoby. Była tu siedemdziesięcioletnia babcia i dwunastoletnia dziewczynka, skazana za to, że pasła pod lasem krowy, pod zarzutem dostarczania powstańcom mleka. Wszyscy mieli absurdalne zarzuty. Gdy pogaszono światła na korytarzach, kobiety postanowiły całą noc spędzić na modlitwie, aby godnie rano spotkać śmierć. Stara babcia zdjęła z piersi czarny krzyżyk ze srebrnym Chrystusem, który wszyscy całowali. Rozpoczęto szeptem modlitwę. Stella z wszystkimi modliła się szczerze, mimo, że religia jej rodziców uczy, że Chrystus nie jest Bogiem, tylko wielkim prorokiem, ale tej nocy przekonała się, że Chrystus jest Jedynym Wszechmocnym Bogiem. Nie pamięta jak długo się modlono, gdy rozległy się strzały i słychać było zamieszanie na korytarzach. Strzelanina wzrastała, nadzieja wstąpiła w serca, otworzyły się drzwi, a w nich ukazali się nasi chłopcy, znajomi z lasu. Przez cztery dni miasteczko R było w rękach powstańców. Odtąd życie Stelli było związane z powstańcami. Siedemdziesięciu żołnierzy, lekarze, trzy pielęgniarki i cztery kobiety razem zmieniali miejsca swoich kwater, a w lecie 1945 roku poszli w Karpaty, gdzie połączyły się trzy grupy. Na początku Moskale nie zapuszczali się w góry i życie mijało spokojnie, ale na jesieni rozpoczęły się walki i szpital polowy zapełnił się rannymi. 7 stycznia 1946 roku na samo ukraińskie Boże Narodzenie zostali otoczeni potrójnym pierścieniem. Ratunku nie było. Komendant dał każdemu ręczny granat. Zawzięty, nierówny bój toczył się bez przerwy. Kapelan naszego szpitala, stary inwalida, trzy godziny się modlił przed drewnianym krzyżem razem z powstańcami i stał się cud. Przyszła pomoc z drugiej strony Karpat. Duża grupa powstańców przerwała pierścień i uratowała ich z oblężenia. W lecie 1946 roku ich grupa uległa przemożnym siłom bolszewików i została do szczętu rozbita. Zaginęła w boju przyjaciółka Stelli. Szpital dobrze zamaskowany pozostał w ukryciu w górskiej szczelinie, ale zaczęło brakować jedzenia i znowu siedemdziesięcio-siedmioletni ksiądz kapelan wyruszył po pomoc, a po dwu tygodniach, gdy nie było nic do jedzenia, pomoc nadeszła i nie zginęli śmiercią głodową. Wyruszyli na zachód i znowu Stella powróciła z drogi po pozostawiony czarny krzyżyk, który tyle razy wyratował ich szpital. Kto wie, czy bez tego krzyżyka udało by się przejść przez trzy dobrze strzeżone granice. 1 września 1946 roku doszli do angielskiej strefy w Austrii. Tam Stella pożegnała towarzyszy i wyruszyła do Palestyny. Osiadłwszy w nowej ojczyźnie, Stella przyrzekła sobie poinformować świat o Ukraińcach i ich bohaterskiej UPA. Okazja ku temu jednak nie nadchodziła długo, ponieważ Stella była szarym człowiekiem, nikomu nie znanym, którego nikt nie słucha. Dopiero teraz, (policzmy jej lata, w 1939 robiła doktorat, to teraz w 1985 ma co najmniej 70 lat, a więc jest już starą emerytką) gdy pracuje w ministerstwie i jej nazwisko znane jest w świecie dyplomatycznym, może spełnić swój obowiązek. Kończąc swoje wspomnienia zwraca się do wolnego świata i ostrzega go, żeby nie lekceważył sobie ukraińskiego doświadczenia i nie przesuwał tego na dalszy plan, bo tylko wolne państwo ukraińskie może być gwarancją i dowodem sprawiedliwego pokoju na świecie. Podpisała Stella Krencbach.
Wspaniała ta propagandówka napisana w imieniu nieistniejącej Stelli Krencbach, to jeszcze jeden hymn na cześć zbrodniczej UPA. Jak widać nie było zbrodni ludobójstwa dokonanego na Narodzie Polskim przez UPA, ponieważ nie było tam Polaków, wyparowali zaraz na początku wojny. Nie było współpracy Ukraińców z Niemcami i nie było SS-Galizien, ponieważ Ukraińcy walczyli z Niemcami, a walcząc z nimi nie mogli jednocześnie współpracować i mordować Żydów, którym przecież ratowali życie, a ona, Stella Krencbach jest tego wiarygodnym świadkiem, ponieważ ma nazwisko znane w świecie dyplomatycznym i tytuł doktorski otrzymany na POLSKIM UNIWERSYTECIE we Lwowie, w polskim mieście, w którym jako Ukrainka, była obywatelem drugiej kategorii, dlatego tylko zrobiła doktorat. W jakim to jeszcze kraju obywatele drugiej kategorii robią doktoraty? Wszyscy inni świadkowie są fałszywi i nigdy niczego nie mogli widzieć, gdyż to o czym świadczą nigdy nie miało miejsca.
Dla Stelli Krencbach wojna przeleciała błyskawicznie, zupełnie inaczej niż Polakom, dla których we Lwowie wojna nie skończyła się ani 8, ani 9 maja 1945 roku. Każdy dzień ciągłego zagrożenia był długi jak wieczność. Podczas trzech okupacji Polacy brali udział w ratowaniu życia ludzkiego bez względu na narodowość. W imię człowieczeństwa ratowano życie nawet wrogom, gdy front przesuwał się na wschód i na zachód. Ratowano życie Polakom, Żydom, Rosjanom, Ukraińcom, Niemcom, Austriakom, Włochom, Węgrom. Ludzie ci, rodowici mieszkańcy Ziemi Lwowskiej nie mają swoich drzewek w Izraelu, ale u Pana Boga mają cały las.
Pozostało pytanie, czy autorzy tego życiorysu Stelli, którzy kazali jej uwierzyć w ukraińskiego Chrystusa mieli na myśli Jezusa Chrystusa? Czy nie wiedzieli, że Jezus Chrystus nauczał miłości bliźniego i przebaczenia, a nie nienawiści?- Nienawiści, której Stella Krencbach nauczyła się od ukraińskiego Chrystusa, którą zionie do Polski za to, że ją wykształciła dla Izraela do służby w dyplomacji. Niby tak, tylko, że Stella to jest postać fikcyjna, nie istniejąca w żadnym ministerstwie Izraela. Nigdzie jej nie odnaleziono. Nawet Eliyahu Jones w swojej pracy doktorskiej nie znał nazwiska Stelli Krencbach wysokiego urzędnika w państwie Izrael. Przecież sam zajmował wysokie stanowisko.
Stella Krencbach została stworzona przez propagandę OUN dla urabiania światowej opinii, jako rzeczowy dowód bohaterskiej działalności UPA w walce o Samostijną Ukrainę. Dowód tym bardziej wiarygodny, że oparty na świadectwie Żydówki. Ponieważ ofiarami w pierwszej kolejności byli Żydzi, świadectwo Żydówki ma być wiarygodnym zaprzeczeniem dokonania przez UPA zbrodni ludobójstwa. Jednocześnie świadectwo Stelli Krencbach ma służyć przekonaniu opinii światowej, że twierdzenie jakoby jedyną działalnością UPA było „oczyszczanie ziemi ukraińskiej” z Żydów i Polaków, jest oczernianiem bohaterskiej UPA. Nie było nigdy zbrodni ludobójstwa, 300 tysięcy pomordowanych Żydów i pół miliona Polaków, a uwypuklenie zbrodni ludobójstwa przez rzekome zamordowanie przez UPA pięciu tysięcy Ukraińców sprzeciwiających się ludobójstwu jest szczególnie wyrafinowanym kłamstwem.
Obecny stosunek organizacji żydowskich do tego zagadnienia ma charakter wybitnie niemoralny. Pamięć Ofiar Holocaustu nie ma dla nich żadnego znaczenia, tak samo jak dla nich nie miała znaczenia akcja ratowania Żydów. Ofiary Holocaustu służą wyłącznie celom propagandowym, a KRZYŻE, symbole wiary Narodu Polskiego, tego, któremu życie zawdzięcza większość ocalonych z Holocaustu Żydów, są dla organizacji żydowskich obrazą ich uczuć, obrazą wynikłą z nieczystego sumienia, niespełnienia przez Żydów Amerykańskich najważniejszego obowiązku ratowania swoich braci z obozów zagłady.

PRZEBACZENIE

1 września 2006 roku 67 rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej Telewizja Polska zhańbiła emitując film nobilitujący zbrodniarzy wojennych. Film jest w całej treści wielkim oszustwem. 
TVP 1 w nocy z 31 sierpnia na 1 września 2006 roku o godzinie 00. Scenariusz i realizacja Agnieszka Arnold, lektorzy Jolanta Niewiadomska i Krzysztof Kołbasiuk, konsultacja dr Piotr Laskowski, współpraca produkcyjna Nadyja Hladyj, Katarzyna Ragu - Pokropek i Iwona Rembiszewska.
Producent Ryszard Urbaniak. Produkcja - Agencja Filmowa dla Programu 1 TVP SA - 2003.
Film kwalifikuje się do nagród Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
Z filmu wynika, że UPA brała udział w jakichś tam konfliktach z Polakami, ale ich celem nie było mordowanie Polaków, tylko walka o niepodległość Ukrainy z Niemcami i Armią Sowiecką. W filmie występuje cały szereg znanych ukraińskich nacjonalistów, obywateli polskich, również pochodzenia polskiego, jako dowód ich dobrych intencji w stosunku do Polaków.
Akcja zaczyna się w „stolicy banderowskiej” we wsi Kosmaki (chyba powinno być Kosmacz - w województwie stanisławowskim były dwie wsie o tej nazwie), która była banderowską bazą. Stacjonowało tu dowództwo i główne trzony organizacji wojskowej, złożone raptem z 16 kompanii. Jedną z nich dowodził Myrosław Szymczycz. „Armia” miała 22 karabiny maszynowe, moździeż, rusznicę i granaty. Mieli dobre dowództwo, dbające o ludność cywilną. Niedopatrzeniem autorów filmu była przedstawiona wypowiedź Myrosława Szymczycza, według której banderowska stolica mogła być tylko na wsi.
Z filmu wynika, że jego kompania, która miała niewielu „żołnierzy”, w lipcu 1943 roku stoczyła z batalionem niemieckim dwie zwycięskie bitwy, tak, że więcej Niemcy nie mieli ochoty z nimi walczyć.
Również pod okupacją sowiecką przez pół roku od 1944 do wiosny 1945 roku sowieci nie mogli zająć banderowskiej bazy. A na wiosnę 1945 roku nie dał im rady w trzydniowej bitwie cały batalion wojska sowieckiego, razem z zniszczoną przez trzy godziny odsieczą z Iwanofrankiwśka (Stanisławowa) - dwanaście ciężarówek pełnych wojska. Przez pół roku Armia Sowiecka, która pod Brodami rozbiła w puch dywizję SS „Galizien”, nie mogła zdobyć tej „banderowskiej stolicy”. Same sukcesy w wojnie z Niemcami i Armią Sowiecką. Kto wymyślił takie brednie? Nie było zbrodni ludobójstwa na bezbronnej ludności polskiej.
Myrosław Szymczycz w 1948 roku podstępem dostał się do więzienia sowieckiego i siedział w Magadanie na Kołymie, razem 32 i pół roku, aż do kwietnia 1985 roku.
Myrosław Szymczycz nie dostaje renty kombatanckiej, za walkę do końca o wyzwolenie Ukrainy, za długo walczył przeciwko sowietom. Ci, którzy walczyli tylko z Niemcami {i mordowali Polaków} na Zakierzonii i uciekli na zachód dostają renty kombatanckie, a on nie. Cały świat uznał ich za kombatantów, tylko własne urzędy ich nie uznają.
Modest Rypeckyj sam widział jak ludność Lwowa witała kwiatami w 1939 roku żołnierzy Armii Czerwonej, od razu szli do milicji, dopiero później przekonali się jak wyglądało to „wyzwolenie”. Zaczęły się aresztowania i wywózki. Film ilustrowany jest różnymi wstawkami archiwalnymi. Pod tekstem „mieszkańcy Lwowa witają Armię Czerwoną” widać bardzo dokładnie jacy to byli mieszkańcy. Sami młodzi Żydzi, może byli wśród nich też Ukraińcy, wszyscy obywatele polscy. O nich to pisał krytycznie lwowski Żyd Julian Stryjkowski. Bardzo tu namieszane, bowiem kto inny szedł do milicji, a kogo innego aresztowano i wywożono, dzięki listom sporządzonym przez tych z milicji.
Jewhen Stachiw przyznał, że Ukraińska Wojskowa Organizacja [działająca w Polsce terrorystycznie] miała kontakty z armią niemiecką i szykowała się do wojny z Polską i bolszewikami. Głupota niemiecka i odebranie Ukraińcom nawet namiastki autonomii, aresztowania wszystkich działaczy (banderowskich) zmusiła Ukraińców do walki z Niemcami. Nie wyjaśnił jaka to była walka. Zapomniał o tym, że właśnie w ramach tej „walki” Ukraińcy zorganizowali jedyną we Lwowie w służbie niemieckiej pomocniczą policję ukraińską i SS „Galizien”.
Wasyl Kuk potwierdził, że Ukraińcom była potrzebna wyszkolona armia, dlatego wysyłano żołnierzy do polskiej armii, aby zdobywali stopnie oficerskie, a Niemcy wyszkolili raptem 300 osób (czyżby tylko batalion „Nachtigall”?), kontakty z Niemcami miały na celu tylko szkolenie! I tu też nieporozumienie, to nie Ukraińcy wysyłali do wojska polskiego! Do wojska polskiego powoływani byli obywatele polscy. W wojnie przeciw Niemcom brali udział w wojsku polskim również Ukraińcy i Żydzi nie tylko na terenie Polski, ale również pod Monte Casino, w Marynarce Wojennej i u generała Maczka. Kuk widzi tylko drobne różnice między patriotyzmem a nacjonalizmem. Miłość ojczyzny nazywa deklaratywną, a działanie nacjonalistów ukraińskich, (mordowanie Polaków) działalnością aktywną.
Maria Sawczyn Pyskir nakłamała co się zowie. Możemy się dowiedzieć, że wojna zaczęła się 22 czerwca 1941 roku, tydzień później do (polskiego miasta) Lwowa wkroczył legion ukraiński (batalion „Nachtigall”  i z marszu przystąpił do mordowania profesorów lwowskich), od razu proklamowano niepodległość państwa ukraińskiego. Naród się cieszył, radował, ulicami chodzili i śpiewali, czuli się gospodarzami „własnej ziemi”. Na filmie pokazano te dziewczęta witające Niemców hitlerowskim pozdro -wieniem. Tych kilka dni żyli w innym świecie, pamięć o nich pozwoliła przetrwać trudy życia w podziemiu.
Maria poznała Orłana dowódcę UPA w Przemyślu, od niego dostała dekalog (ukraińskiego nacjonalisty), zacytowano w filmie tylko trzy przykazania, a jednak przeraziło to Marię, nie od razu wstąpiła do organizacji. 27 maja 1954 (?) roku pobrali się. Szuchewycz już nie żył, a jego następca Kuk został w 1954 roku aresztowany.
Postanowili przejść na Ukrainę, po drodze zostali aresztowani. Zostali wykorzystani do kontaktów z UHWR, ukraińską organizacją na zachodzie. Maria została wysłana na zachód i uczciwie ostrzegała Ukraińców przez sowiecką inwigilacją. Orłan siedział w więzieniu do 1960 roku. Po wyjściu z więzienia skończył studia i pracował aż do emerytury.
Kuk w więzieniu „zmienił” poglądy na proradzieckie, zapewne zrozumiał, że nacjonaliści ukraińscy porywali się z motyką na słońce. Opublikowano jego deklarację lojalności. Wyszedł na wolność również w 1960 roku.
Myrosław Szymczycz i inni nacjonaliści ukraińscy oskarżają Orłana i Kuka, że poszli na „kompromis”, czyli zdradzili Ukrainę, podczas gdy on do końca był wierny idei.
Podsumowanie filmu zostało wykonane przez Danyła Szumuka, rzekomo pochodzenia polskiego (matka Polka), komunisty który przeobraził się w nacjonalistę ukraińskiego. Jego wyznania wsparła córka Wira Szumuk.
Pisarz, desydent, przesiedział za komunizm w polskim więzieniu i za służbę w SB OUN (za co groziła mu śmierć) w sowieckich więzieniach łącznie 43 i pół roku.
Tekst wygłoszony przez niego zawiera wszystkie oszustwa ukraińskich nacjonalistów z użyciem słów takich  jak „konflikty polsko - ukraińskie” itp., namącił zupełnie bez sensu swoim uwielbieniem dla Tadeusza Rejtana.
Chciałby, aby Polacy szli razem z Ukraińcami. Mówił on między innymi: „Przebaczenie to wielkie słowo, bardzo wielkie słowo, wznieść się na poziom tego słowa bardzo trudno, bo ludzie nie zostali wychowani w duchu przebaczania, ludzi wychowano w duchu zemsty ... wybaczmy jedni drugim ... przestańmy rachować zabitych ... Kogo trudniej przekonać? ... Polacy są suwerenni w swoim państwie ... Polacy Polaków powinni przekonać wcześniej niż Ukraińcy!” niby do czego, do tego, że Ukrainiec miał udowodnić swoje nacjonalistyczne poglądy, mordując własną matkę Polkę?
Prof. Petro J. Poticznyj również „żołnierz” UPA wydał wspomnienie Marii Sawczyn Pyskir uważając je za wartościowe dzieło.
Z jej wypowiedzi w filmie widoczna jest obrona Orłana, którego w więzieniu sowieckim przekonano do zmiany poglądów. Rażące jest niezauważenie polskości Lwowa, w którym nawet pomocnicza policja ukraińska w służbie niemieckiej nie działała bezkarnie.
Gdy w filmie wystąpili sami „żołnierze” UPA i żaden z nich nie mordował bezbronnej ludności polskiej, przystąpiono do ataku na Pawłokomę. Pokazano listę 366 ofiar kobiet i dzieci. Na liście tej znajdują się nawet Ukraińcy wywiezieni na roboty do Niemiec.

„Ukraina i Ukraińcy”

W Melbourne, z okazji dwustulecia Australii, zapragnęli zaznaczyć swoją obecność Ukraińcy i wydali po angielsku książkę pt.„Ukraina i Ukraińcy”. Książka jest imponująca, bogata w barwne ilustracje, ale niestety w treści przepełniona fałszerstwami historycznymi. Wydawcy zapytani o źródła tej niewiarygodnej książki, wyjaśnili, że otrzymali je z Polski.
Mimo, że Ukraińcy liczą sobie dopiero około stu lat, w przedmowie do tej książki, niejaki J.B.Rudnicki - profesor z Kanady - wyprowadza rodowód Ukrainy od czwartego wieku, powołując się na literaturę perską, w której „Ukraińcy” byli nazywani ludem pogranicza (perskiego?) i jako tacy byli znani również kronikarzom greckim - bizantyńskim. „Ukraina” po persku nazywała się „Antae”. Potrzebne to jest do udokumentowania, że nazwa „Ukraina" nie wywodzi się z języka polskiego. To była pierwsza Ukraina. Druga „Ukraina” to Ruś z początku naszego tysiąclecia. Trzecią było Państwo Kozackie Bohdana Chmielnickiego, a czwarta to dwudziesty wiek. Czyżby to miała być Sowiecka Ukraina? Trzeba by się zagłębić w tajemnice książki.
Taras Szweczenko 18 sierpnia 1859 roku w Perejasławiu śpiewał:
„Jak by to ty, Bohdane pjanyj,
teper na Perejasław hlanuw,
ta na zamczyszcze podywywś,
upywsia b, zdorowo upywś ...
I, preprosławłenyj, kozaczyj
rozumnyj bat'ku, ...i w smerdiaczyj
żydiwśkyj chati b pochmeływś,
abo b w kaljuzi utopywś,
w bahni swyniaczim ...
Amiń tobi, wełykyj muże,
wełykyj, sławnyj, ta ne duże ..."
Niemcy mieli Trzecią Rzeszę, Francuzi mają Piątą Republikę, Polacy Trzecią Rzeczypospolitą, mają i Ukraińcy swoją „Czwartą Ukrainę”. Jest to oczywisty absurd, bowiem autor pominął pierwszą Ukrainę od której zaczyna się nasz rodowód w raju. Nie przeoczył tego problemu książę Karol Radziwił „Panie Kochanku", który kazał sobie wyprowadzić swój rodowód od Adama i Ewy. Oczywiste jest to, że książę pochodził od Adama i Ewy. Przecież nikt nie wątpił, żeby mógł pochodzić od małpy.  

Pierwsza Ukraina

Pierwsza Ukraina była w raju,
Gdzie na kraju, rosła jabłoń zakazana,
Do jabłoni tej co rana,
Biegła Ewa nieubrana
I na jabłko miała smak,
Bo łakoma była tak.
                Dziewka z niej była hoża
                I ciągnęła Adama do łoża.
                Namówiła go do grzechu,
                Zjedli razem jabłko znane
                I za jedną grzeszną winę
                Tam stracili Ukrainę.
                Na tułaczkę poszli w świat
                I się tłuką tak od lat
Adam Ewę zrobił damą
Wystrojoną, wyszywaną,
Sam w soroćci wyszywanej
Nową (U)krainę tworzył dla niej,
Co zbudował to ją tracił,
Prześladował go wciąż grzech,
W rezultacie tego grzechu
Już Adamów było trzech.

 

                                * * * *

 

                Był to: Rus i Lech i Czech.
                Tak to Ukraina w raju,
                Chociaż leżała na skraju
                Rajskiego niegdyś ogrodu,
                Stała się matką narodów.

Produkcja Dawnoruskich Korzeni Lwowa

Od lat śledzę jak ukraińscy publicyści, pisarze i historycy doszukują się dawnoruskich korzeni Lwowa. Ta syzyfowa praca stała się obsesją w mieście, którego każdy kamień przemawia po polsku. Publikacje podejmujące próby naświetlenia ukraińskości Lwowa są bardzo liczne. Inspiracji do niniejszego opracowania dostarczył artykuł, który ukazał się we Lwowie w „Wolnej Ukrainie” z dnia 21 maja 1988 roku, napisany przez kandydata nauk historycznych AN USRR J.Myćkę pt. „Dawnoruskie korzenie Lwowa”
Autor pisze: „Dla nas to rzecz zwyczajna, ale bardzo przyjemna, gdy porównują Lwów z Paryżem, Wiedniem, czy innymi miastami zachodniej Europy”, a następnie wspomina o „walce naszych przodków przeciw kolonizacji polsko-szlacheckich grabieżców, katolickiej agresji, walce socjalnej, narodowej, kulturowej i ideologicznej”. Ubolewa też, że nie wykorzystane są do celów propagandowych stare zabytki architektury ruskiej, jak cerkiew Mikołaja, Piatnicka i Onufra, w której dziś znajduje się muzeum Iwana Fiedorowa (rosyjskiego drukarza), podczas gdy mieszkańcy Lwowa, a tym bardziej goście, nie mogą sobie wyrobić właściwego poglądu o pochodzeniu miasta, charakterze jego zaludnienia i kultury w przeszłości. „Podświadomie, pod wpływem architektury i rzeźby XV-XVIII wieku, panuje wrażenie, że mieszkała tu wyłącznie ludność polska. Mało kto wie, że w epoce feudalizmu we Lwowie przeważała liczbowo ludność rdzennie ukraińska i powstawały tu kolonie Niemców, Ormian, Włochów, Greków, Mołdawian, Szkotów. W tym świetle dochodzi do kuriozalnych ocen, jakoby cerkiew wołoska, czy katedra ormiańska były kościołami”.
Dalej Myćko pisze o wywołującym zaniepokojenie stanie najstarszego rejonu miasta, pamiętającego dawnoruskie czasy, zwraca uwagę nie tylko na zaniedbania budynków, ale również na brudne ulice i elewacje, zniszczone i przeciążone ruchem nawierzchnie ulic. Jeżeli dzięki przewodnikom mogą tu trafić swoi (rosyjsko-ukraińscy) turyści, to obcokrajowcy nie mają możliwości poznania tych zakątków. „W ostatnim czasie w byłej cerkwi ormiańskiej pod wezwaniem Jana Chrzciciela z końca XIV wieku, (nawiasem mówiąc chodzi o kościół rzymsko katolicki, który okresowo w XVI wieku służył Ormianom) planuje się otwarcie muzeum najdawniejszej sztuki Lwowa. Piękna inicjatywa.” Autor wierzy, że muzeum to, korzystnie położone, stanie się centrum propagandowym dawnoruskiego pochodzenia Lwowa i czasów Księstwa Halicko-Wołyńskiego. Omawia znaczenie muzeum Iwana Fiedorowa, potrzebę ekspozycji wystaw: „Kultura Rosji XVI wieku”, „Kultura Lwowa XVI wieku”, „Książka wschodniosłowiańska X-XVIII w.” i „Sztuka fotograficzna”, a przymiotniki dawnoruski i wschodniosłowiański mają służyć do podkreślenia wspólnoty duchowej narodów ukraińskiego, rosyjskiego i białoruskiego.
Trudno tu polemizować z artykułem pełnym wydumanych problemów i przekłamań. Najwłaściwsze byłoby przywołanie innych źródeł, przede wszystkim ukraińskich, które by potwierdziły polskie tradycje ziemi lwowskiej, ziemi na której przed wiekami znaleźli schronienie Rusini uciekający na zachód przed zalewem tatarskim. Bardzo ciekawą pozycją jest książka napisana po rosyjsku przez ruskiego (ukraińskiego) historyka Mikołaja Kostomarowa i przetłumaczona na język ruski (ukraiński) przez O.Barwińskiego w 1875 roku pt.: „Historia Rusi w kronikach jej największych dziejopisów”. Ruś od zarania dziejów rozbita dzielnicowo, bez przerwy miała na karku najeźdźców niszczących jej dobytek i dorobek. Byli to kolejno Pieczyngowie, Połowcy i Tatarzy. Pod naporem Tatarów, dla ratowania życia, uciekali Rusini na zachód. Grody Czerwieńskie, zdobyte na Polakach w 992 roku, przechodziły z rąk do rąk dwukrotnie (myślę, że kilkakrotnie). Kostomarow dowodzi, że ludność miejscowa (Chorwaci) była bardziej zbliżona kulturowo i językowo do Rusinów, niż do Polaków. Trudno tu o jednoznaczne stwierdzenia. Z tamtej epoki brak źródeł, na których można by się oprzeć, w językach słowiańskich występowały niewielkie różnice, niemniej jednak historia zalicza Chorwatów do Słowian zachodnich. Podczas walk Rusinów z Chorwatami zniknęły z powierzchni ziemi trzy główne ich grody - Czerwień, Wołyń i wschodni Przemyśl, świadczy to o zaciętości walk.
Gdy przestała istnieć Ruś Kijowska, całkowicie podbita przez Tatarów, próbowali książęta ruscy stworzyć niezależne od Tatarów Księstwo Halickie, a następnie Halicko-Wołyńskie. Brakowało tu grodów. Odległości między Haliczem, Chełmem i Przemyślem były zbyt duże. Wynikła potrzeba zbudowania grodu, który by zapewnił bezpieczeństwo podróży, bez konieczności nocowania w terenie. Tak powstał Lwów, wybudowany na miejscu ormiańskiej osady, którego pierwszymi mieszkańcami byli niezbędni dla drużyny książęcej rzemieślnicy, początkowo Niemcy, ale wkrótce również Rusini i Polacy. Tatarzy na terenach lennych nie zezwalali na budowę grodów obronnych. Po odkryciu przez nich Lwowa kazali zburzyć wały. Wkrótce jednak odbudowano wały potrójne, które dały zabezpieczenie przed najazdami Tatarów. Dla wzmocnienia sił w walce z Tatarami książęta ruscy wchodzili w związki małżeńskie z rodem Piastów Mazowieckich. Ostatnim księciem ruskim był książę mazowiecki Bolesław, urodzony z księżniczki ruskiej, który przyjął imię Jerzy. Po jego śmierci rozgorzała walka wewnętrzna o tron między bojarami. W końcu król polski Kazimierz III (Wielki), wyprzedzając Litwinów i Węgrów, po zaciętych walkach zajął Lwów. Bojarzy ruscy otrzymali prawa szlachty polskiej, spisując się dzielnie w walkach z najazdami turecko-tatarsko-kozackimi. Nie zdobył Lwowa Bohdan Chmielnicki, zbuntowany szlachcic polski, bardzo kontrowersyjny „bohater ukraiński”, który pod koniec życia poddał połowę Ukrainy rosyjskiemu carowi.
Pod polskimi rządami nastąpił wielki rozkwit gospodarczy Lwowa, gdzie obok Polaków i Rusinów, zgodnie w wolności i tolerancji, w kulturze zachodu, żyli przez pół tysiąca lat przedstawiciele wielu narodowości. Znalazł tu azyl pod koniec życia wybitny drukarz rosyjski, prześladowany w Moskwie, Iwan Fiedorow. Mieszkali tu najgorętsi patrioci polscy - Ormianie. Tu Austriacy, przybyli po rozbiorach do Polski, szybko polonizowali się i ruszali do boju o niepodległość w kolejnych powstaniach, ramię w ramię z innymi mieszkańcami tej ziemi. Tu urodził się Marian Hemar, który był pochodzenia żydowskiego, ale swoim życiem dawał przykład i uczył Polaków jak należy służyć swemu miastu i Polsce. Mimo wielonarodowości mieszkańców Lwów rozwijał się w kulturze polskiej. W XIX wieku w zaborze austriackim, posiadał autonomię, dzięki czemu stał się stolicą kultury polskiej.
Z miastem tym związane są nazwiska wybitnych ludzi pióra, takich jak: Sebastian Klonowicz, Szymon i Bartłomiej Zimorowiczowie, Franciszek Karpiński, Seweryn Goszczyński, Aleksander hr.Fredro, Karol Szajnocha, Ludwik Kubala, Kornel Ujejski, Maria Konopnicka, Władysław Bełza, Bolesław Czerwieński, Władysław i Walery Łozińscy, Mieczysław Romanowski, Maryla Wolska, Jan Kasprowicz, Juliusz Kleiner, Leopold Staff, Beata Obertyńska, Józef Wittlin, Kornel Makuszyński, Stanisław Wasylewski, Henryk Zbierzchowski, Jan Parandowski, Marian Hemar, Stanisław Lem, Adam Zagajewski i wielu innych, a Juliusz Słowacki, urodzony w Krzemieńcu, w lwowskim Ossolineum pośmiertnie miał siedzibę swoich dzieł.
Inaczej przedstawia historię Lwowa przewodnik po tym mieście, napisany przez A.Paszuka i I.Derkacza, wydany po ukraińsku w 1957 roku, gdzie czytamy: „Wśród mieszkańców książęcego Lwowa przeważali Rusini, może o tym świadczyć choćby to, że było tu dziesięć prawosławnych cerkwi i tylko dwa kościoły katolickie. W połowie XIV wieku zachodnie ziemie ruskie zajęła Polska. Do 1772 roku rządzili tu polscy feudałowie, a później Austria aż do 1918 roku i przyszedł niezapomniany rok 1939, kiedy to narody radzieckie wyciągnęły pomocną dłoń ludowi Zachodniej Ukrainy... Każdego, kto przybywa do Lwowa, zdumiewa wielka liczba kościołów, rozsianych we wszystkich dzielnicach miasta, były one budowane za państwowe i prywatne pieniądze, aby nadać miastu wyłącznie polski charakter. Te budowle z XIX i XX wieku nie przedstawiają większych wartości artystycznych”. Prawda jest taka, że większość kościołów wybudowano w Polsce przedrozbiorowej i było ich dużo więcej przed kasatami józefińskimi, kiedy zlikwidowano we Lwowie około trzydzieści świątyń. Nieporozumieniem jest zaliczanie świątyń ormiańskich do cerkwi prawosławnych. Nie zmieniło również polskiego charakteru miasta usunięcie orłów polskich w cerkwi wołoskiej, gdzie przetrwały od początku istnienia cerkwi, poprzez okres zaborów i drugiej wojny światowej.
W książeczce o zamku w Olesku znajdujemy wyjaśnienie, że polscy feudałowie, którzy rządzili do 1772 roku, a wśród nich Jan III Sobieski, właściciel dwu kamienic w rynku we Lwowie, są pochodzenia ruskiego. Niestety pominięto, że pod rządami austriackimi, we Lwowie nadal rozkwitała kultura polska.
Leszek Zaczek w Australii wywołał polemiczną burzę w artykule pt.: „Gdzie Ukraińcy chcą mieć Ukrainę”. Przypomniał historyczną prawdę: „że wschodnie ziemie Polski niepodległej po pierwszej wojnie światowej, jak i też w czasach przedrozbiorowych, nigdy nie były częścią właściwej Ukrainy, leżącej znacznie dalej na wschodzie”, a następnie omówił tragiczne losy, wynikłe z nieporozumienia, przez wieki żyjących w zgodzie Rusinów i Polaków i postawił pytanie: „czy rozsądnie postąpili Rusini, przyjmując polską nazwę Ukrainy, jako nazwę ich narodu? W sensie tej nazwy i jej brzmieniu jest zależność i tak już pozostanie”. Pozostaje na kraju czegoś, w tym przypadku na kresach Polski.
I tu należy przypomnieć, że „znienawidzeni” panowie polscy na Ukrainie, to nie tylko król Jan III Sobieski, ale całe zastępy „panów” polskich, zamożnych, biednych i bardzo bogatych właścicieli milionów morgów ziemi. Można by ich z racji pochodzenia zaliczyć do narodowości „ukraińskiej”. Byłoby ich około czterysta tysięcy, a może więcej. Ale ci Rusini prawie całkowicie się spolonizowali. Jedynie w wyniku represyjnej działalności rosyjskiej po rozbiorach część z nich uległa rusyfikacji. Natomiast znacznie liczniejsi chłopi polscy na Ukrainie i terenach polskich zajętych po drugiej wojnie światowej zostali skazani na utratę świadomości swego polskiego pochodzenia. Związane to było z podziałem językowym: język polski to był język pański, język kultury, ogłady i bogatej literatury, a język ruski to język chłopski, a więc ze stratą dla Polski, polski chłop mówił po rusku, nabywając nowej narodowości. Nie dotyczyło to licznych zaścianków szlacheckich np. w rejonie tak zwanej „Marchlewszczyzny”. W miastach przetrwały ogniska kultury polskiej, nie tylko w granicach przedrozbiorowych - Żytomierz, Kamieniec Podolski, Winnica, Berdyczów, Humań, ale i dalej w Kijowie, czy nawet w Charkowie, gdzie krótko istniał uniwersytet polski Seweryna Potockiego.
A tu od początku dwudziestego wieku, oddając Rosji całą Ukrainę, szturmują Ukraińcy do Lwowa, utrzymując, że Lwów choć przez tyle wieków polski, leży na ziemi staroruskiej. W polemice toczonej na początku tego wieku zabrała głos Anna Lewicka, powołując się na kronikarza ruskiego Nestora, który podaje, że ziemie te w 981 roku zdobyli na Lachach książęta ruscy, a więc są to ziemie polskie.
Gdy w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska straciła niepodległość, jej ziemiami podzielili się dwaj nasi wrogowie. Na terenach zajętych przez Związek Radziecki, przez blisko pół wieku niszczone było wszystko, co polskie. Tym bardziej zasługuje na uwagę powstałe ostatnio we Lwowie Towarzystwo Lwa, które przystąpiło do ratowania pamiątek historycznych miasta. Młodzież ta nie kieruje się nienawiścią do cmentarza Orląt Lwowskich, nieletnich bohaterów, których miłość do rodzinnego miasta skłoniła do oddania życia za jego wolność. Działalność towarzystwa napotyka na wielorakie trudności: brak narzędzi, materiałów, zalegalizowana kradzież nagrobków cmentarnych.
Spotyka się jednak wśród polskiej emigracji polityków, którzy tak piekielnie nienawidzą Związku Radzieckiego, że byliby skłonni oddać Ukraińcom nie tylko Lwów, ale nawet ziemie aż pod Kraków, byle by tylko ich pozyskać przeciw ZSRR. Niestety, taka postawa spotyka się z nikłymi protestami.
Również emigracyjna prasa ukraińska zajmuje stanowisko wrogie wobec polskiej racji stanu. Tygodnik ukraiński „Cerkwa i żyttia” ukazujący się w Melbourne, 24 marca 1985 roku opublikował artykuł Wasyla Litwina „Jałta z perspektywy 40 lat”, w którym czytamy: *Polska prasa wylewa krokodyle łzy, że konferencja w Jałcie pozbawiła ich wschodnich „ziem polskich”. Oto jak pisze Stanisław Stal w gazecie „Wiadomości polskie” z dnia 2 marca 1985 roku: „Musimy być gotowi do obrony przed rewizjonizmem niemieckim i tak samo gotowi do walki o należne nam ziemie wschodnie, odebrane nam bezprawnie w Jałcie.” A jakże, apetyty niemałe! Nie oddamy niemieckich ziem i musimy znowu zagrabić zachodnie ukraińskie ziemie. Mówi się, że historia jest nauczycielką życia, ale najlepsza nauczycielka niczego nie nauczy byle jakich uczniów. Niczego nie nauczyła historia Polaków, którzy znowu przygotowują się do pochodu na wschód, po złote runo. Jałta odebrała Polakom to, co oni siłą zagarnęli 25 lat wcześniej, wykorzystując ciężką sytuację w jakiej znajdowała się Ukraina, zagrożona czerwoną Moskwą. Dziś zbierają dywidendy swojej nierozumnej w przeszłości polityki. Radzimy Stalom i kompanii pomyśleć wcześniej jak pozbawić się opieki „starszego brata”, zanim będą się wybierać na wschód.* Nic dodać, nic ująć - mądrymi uczniami historii mogą być tylko Ukraińcy, którzy zapomnieli, że w 1918 roku z regularną Armią Ukraińską wygrały „Lwowskie Orlęta” z piętnastoletnim Jurkiem Bitschanem na czele.
Przez całe wieki byliśmy z Rusinami braćmi i nigdyśmy ich stąd nie wypędzali, a choćby się nam to nie podobało, jesteśmy z sobą wielokrotnie w ciągu wieków spokrewnieni. Mieszkańców Lwowa, wielu narodowości, łączyła miłość do tego miasta. Wiedzieli o tym ci Rusini, którzy bronili Lwowa przed najazdem tatarsko-kozackim Bohdana Chmielnickiego, wiedzą o tym też ci Ukraińcy, którzy szli z nami ramię w ramię w armii Andersa pod Monte Casino, gdzie się odbywał bój również za polski Lwów.
To jest nasza wspólna przeszłość i niczego nie zmieni produkcja dawnoruskich korzeni Lwowa, a przyszłość okaże, czy my, Polacy i Ukraińcy, potrafiliśmy się czegoś nauczyć. 
Historią Ukrainy zajmują się historycy zawodowi i amatorzy, badający szczegółowo źródła, publicyści powielający prace historyków, a  najczęściej udający historyków propagandziści z  szeregów ukraińskich nacjonalistów.
Ci ostatni zupełnie nieodpowiedzialnie tworzą nowe mity.
W tym zakresie palmę pierszeństwa dzierży niejaki J.B.Rudnicki, “profesor” z Kanady, który opisuje 1600 lat historii Ukrainy. Można tu też zaliczyć książkę „Polska - Ukraina 1000 lat sąsiedztwa” i wiele innych wymyślonych historii. Wstrzymałbym się jednak przy klasyfikacji „Historii Ukrainy” Władysława A. Serczyka, ponieważ zaczyna on swoje „dzieło” od wynalezienia ognia, zalicza osiągnięcia rozwoju kultury i nauki Rosji carskiej na konto Ukrainy i najwięcej miejsca przeznacza na propagandę sowiecką.
Do mitów należy historia „państwa kozackiego”, bowiem kozacy byli zarówno w Pierwszej Rzeczypospolitej, jak również później w  Rosji i Turcji, nigdy nie tworzyli własnej państwowości. Jedni z drugimi nie mieli nic wspólnego, poza tym, że kozacy zaporożscy w miarę włączania Ukrainy do Rosji, przystawali do rosyjskiej służby, powiększając szeregi kozaków dońskich.
Po jednym z buntów stłumionych przez cara powstali kozacy kubańscy, (na Kubaniu) służący Turcji. Później namnożyło się ich bez liku, byli kozacy wołżańscy, astrachańscy, orenburscy, siemireccy, zabajkalscy, amurscy, ussuryjscy i wielu innych nie mających już nic wspólnego z Ukrainą.
Jako formacja wojskowo - policyjna służyli oni również do pilnowania zesłańców, nie tylko Polaków. Zesłańcem był wielki poeta i twórca nowożytnego języka ukraińskiego Taras Szewczenko.
Propaganda uczyniła z „wodza kozaków" Bohdana Chmielnickiego bohatera narodowego, mimo, że był to wielki zbrodniarz i zdrajca Ukrainy, bowiem nawet jeśli tego nie zamierzał, spowodował, że Ukraina stała się częścią Rosji, a skutki tego są widoczne do dziś na całej Ukrainie, na której naród ukraiński mówi niemal wyłącznie po rosyjsku.
W minionym roku w Kijowie omalże nie upadła gazeta drukująca po ukraińsku, dopiero 80% druku w języku rosyjskim uratowało gazetę. We Lwowie Ukraińcy również częściowo drukują gazety po rosyjsku, publikując w nich treści propagandowe na temat rzekomej ukraińskości miasta.
Sam Chmielnicki, jak widać na znaczku pocztowym wydanym przez Ukraińską Republikę Ludową w Małopolsce Wschodniej, nie nosił stroju kozackiego, mając pogardę dla kozaków ubierał się po polsku, jak przystało na szlachcica. (Znaczek ma nominał 10 grzywien.)
Polacy uznali Chmielnickiego za renegata, który sprowadził na Ojczyznę najazdy tatarskie, tureckie i  najazd  rosyjski. Car Aleksander III uznał Chmielnickiego za bohatera rosyjskiego, wystawił mu pomnik w 1885 roku w Kijowie, z tablicą pamiątkową o treści “wolim pod caria moskowskoho, prawosławnoho - ukraińskie wojsko siczowniki". Stalin zrobił z niego bohatera walki o wyzwolenie spod jarzma polskiej szlachty (nie wnikając w to, że była to szlachta ruska). Ukraińcy uznali w nim bohatera i  twórcę ukraińskiego państwa kozackiego.
Od 15 lat poszukuję dokumentów źródłowych na temat enigmatycznej Zachodnio Ukraińskiej Republiki Ludowej. Ogłosiłem parę razy artykuł „Zachodnia Ukraina”, wygłosiłem kilka odczytów, na dwu z nich otrzymałem obietnicę dostarczenia mi materiałów źródłowych. Było to w Sydney w  Australii oraz w Gliwicach, ale Ukraińcy, którzy obiecali mi przysłać te materiały, nie spełnili obietnicy, widocznie ich jednak nie ma.
Jednym ze źródeł dokumentów tworzenia się państwowości ukraińskiej jest dwutomowa publikacja, wydana przez Ukraińców, zawierająca oryginalne teksty, których większość pisana jest po polsku, a reszta po ukraińsku, niemiecku, francusku i angielsku. (Published with Asystents Memorial Fund of Wasyl - Sofia Dmytrenko, Copy 1983 by Szewczenko Scientific Society, Kotz, 1215 Summit Avenue, Jersey City, New York).
Ta publikacja nie wyjaśniła mi istoty powstawania narodu ukraińskiego i Ukrainy, ponieważ zawiera braki dokumentów oraz informacji dotyczących mniej znanych ugrupowań ukraińskich.
Architektami Ukrainy w różnym czasie byli wszyscy wrogowie Polski. W zaborze rosyjskim Ukraina była niszczona, Ukraińców nazywano Małorusami i traktowano ich jako gorszy gatunek Rosjan. Pozbawieni byli szkół, a zatem panował niemal powszechny analfabetyzm.
W zaborze austriackim warstwa wykształcona Rusinów w  większości polonizowała się. Lud ruski został dostrzeżony przez służby austriackie. Austriacy stosowali zasadę rzymską dziel i rządź. Rusinów postanowiono wykorzystać do polityki państwowej.
Już namiestnik Galicji Franz Stadion rozpoczął budowę we Lwowie Piemontu Ukraińskiego, z  nadzieją przyłączenia Ukrainy do Austrii. Przygotowywano na króla Ukrainy księcia Wilhelma Habsburga, “Wasyla Wyszywanego”.
Austriacy nadali Rusinom nazwę Ukraińców i  zanim Rusini się spostrzegli przyjęli na nazwę swojego narodu polski wyraz.
Wasyl Wyszywany nigdy na tronie Ukrainy nie zasiadł, ale zaczęła się rodzić świadomość narodowa wśród Ukraińców. Rusini zauważyli swoją odrębność, inną kulturę różniącą ich od  Polaków, jedynie zabrakło im inteligencji, przywódczej warstwy narodu.
Poszukiwanie źródeł powstawania narodu ukraińskiego i  państwowości jest trudne. Sprawa wygląda bardzo podobnie do powstawania Polskiej Partii Robotniczej, gdzieś w jakimś pokoju grupa ludzi służąca czyimś interesom, coś tam uchwalała.
W słynnym Traktacie Brzeskim, 9 lutego 1918 roku, w którym Niemcy ‚ofiarowali” Ukrainie Ziemię Chełmską, Ukraińską Republikę Ludową, fikcyjne państwo ukraińskie, nieokreślone terytorialnie, bez administracji i bez wojska, reprezentowali dwaj młodzi ludzie, 27 letni były student Aleksander Sewruk i nieco młodszy Mikołaj Lewicki.

 

W poszukiwaniu źródeł historii

Historią Ukrainy zajmują się historycy zawodowi i amatorzy, badający szczegółowo źródła, publicyści powielający prace historyków, a  najczęściej udający historyków propagandziści z  szeregów ukraińskich nacjonalistów.
Ci ostatni zupełnie nieodpowiedzialnie tworzą nowe mity.
W tym zakresie palmę pierszeństwa dzierży niejaki J.B.Rudnicki, „profesor” z Kanady, który opisuje 1600 lat historii Ukrainy. Można tu też zaliczyć książkę „Polska - Ukraina 1000 lat sąsiedztwa” i wiele innych wymyślonych historii. Wstrzymałbym się jednak przy klasyfikacji „Historii Ukrainy” Władysława A. Serczyka, ponieważ zaczyna on swoje „dzieło” od wynalezienia ognia, zalicza osiągnięcia rozwoju kultury i nauki Rosji carskiej na konto Ukrainy i najwięcej miejsca przeznacza na propagandę sowiecką.
Do mitów należy historia „państwa kozackiego”, bowiem kozacy byli zarówno w Pierwszej Rzeczypospolitej, jak również później licznie w  Rosji i nigdy nie tworzyli własnej państwowości. Jedni z drugimi nie mieli nic wspólnego, poza tym, że kozacy zaporożscy w miarę włączania Ukrainy do Rosji, przystawali do rosyjskiej służby, powiększając szeregi kozaków dońskich.
Po jednym z buntów stłumionych przez cara powstali kozacy kubańscy, (na Kubaniu) służący Turcji. Później namnożyło się ich bez liku, byli kozacy wołżańscy, astrachańscy, orenburscy, siemireccy, zabajkalscy, amurscy, ussuryjscy i wielu innych nie mających już nic wspólnego z Ukrainą.
Jako formacja wojskowo - policyjna służyli oni również do pilnowania zesłańców, nie tylko Polaków. Zesłańcem był wielki poeta i twórca nowożytnego języka ukraińskiego Taras Szewczenko.
Propaganda uczyniła z „wodza kozaków" Bohdana Chmielnickiego bohatera narodowego, mimo, że był to wielki zbrodniarz i zdrajca interesów Ukrainy, bowiem nawet jeśli tego nie zamierzał, spowodował, że połowa Ukrainy stała się częścią Rosji, a skutki tego są widoczne do dziś na całej Ukrainie, na której naród ukraiński mówi niemal wyłącznie po rosyjsku.
W minionym roku w Kijowie omalże nie upadła gazeta drukująca po ukraińsku, dopiero 80% druku w języku rosyjskim uratowało gazetę. We Lwowie Ukraińcy również częściowo drukują gazety po rosyjsku, publikując w nich treści propagandowe na temat rzekomej ukraińskości miasta.
Sam Chmielnicki, jak widać na znaczku pocztowym wydanym przez Ukraińską Republikę Ludową w Małopolsce Wschodniej, nie nosił stroju kozackiego, mając pogardę dla kozaków ubierał się po polsku, jak przystało na szlachcica. (Znaczek ma nominał 10 grzywien.)
Polacy uznali Chmielnickiego za renegata, który sprowadził na Ojczyznę najazdy tatarskie, tureckie i  najazd  rosyjski. Car Aleksander III uznał Chmielnickiego za bohatera rosyjskiego, wystawił mu pomnik w 1885 roku w Kijowie, z tablicą pamiątkową o treści “wolim pod caria moskowskoho, prawosławnoho - ukraińskie wojsko siczowniki". Stalin zrobił z niego bohatera walki o wyzwolenie spod jarzma polskiej szlachty (nie wnikając w to, że była to szlachta ruska). Ukraińcy uznali w nim bohatera i  twórcę ukraińskiego państwa kozackiego.
Od 15 lat poszukuję dokumentów źródłowych na temat enigmatycznej Zachodnio Ukraińskiej Republiki Ludowej. Ogłosiłem parę razy artykuł „Zachodnia Ukraina”, wygłosiłem kilka odczytów, na dwu z nich otrzymałem obietnicę dostarczenia mi materiałów źródłowych. Było to w Sydney w  Australii oraz w Gliwicach, ale Ukraińcy, którzy obiecali mi przysłać te materiały, nie spełnili obietnicy, widocznie ich jednak nie ma. 
Jednym ze źródeł dokumentów tworzenia się państwowości ukraińskiej jest dwutomowa publikacja, wydana przez Ukraińców, zawierająca oryginalne teksty, których większość pisana jest po polsku, a reszta po ukraińsku, niemiecku, francusku i angielsku. (Published with Asystents Memorial Fund of Wasyl - Sofia Dmytrenko, Copy 1983 by Szewczenko Scientific Society, Kotz, 1215 Summit Avenue, Jersey City, New York).
Ta publikacja nie wyjaśniła mi istoty powstawania narodu ukraińskiego i Ukrainy, ponieważ zawiera braki dokumentów oraz informacji dotyczących mniej znanych ugrupowań ukraińskich.
Architektami Ukrainy w różnym czasie byli wszyscy wrogowie Polski. W zaborze rosyjskim Ukraina była niszczona, Ukraińców nazywano Małorusami i traktowano ich jako gorszy gatunek Rosjan. Pozbawieni byli szkół, a zatem panował niemal powszechny analfabetyzm.
W zaborze austriackim warstwa wykształcona Rusinów w  większości polonizowała się. Lud ruski został dostrzeżony przez służby austriackie. Austriacy stosowali zasadę rzymską dziel i rządź. Rusinów postanowiono wykorzystać do polityki państwowej.
Już namiestnik Galicji Franz Stadion rozpoczął budowę we Lwowie Piemontu Ukraińskiego, z  nadzieją przyłączenia Ukrainy do Austrii. Przygotowywano na króla Ukrainy księcia Wilhelma Habsburga, „Wasyla Wyszywanego”.
Austriacy nadali Rusinom nazwę Ukraińców i  zanim Rusini się spostrzegli przyjęli na nazwę swojego narodu polski wyraz.
Wasyl Wyszywany nigdy na tronie Ukrainy nie zasiadł, ale zaczęła się rodzić świadomość narodowa wśród Ukraińców. Rusini zauważyli swoją odrębność, inną kulturę różniącą ich od  Polaków, jedynie zabrakło im inteligencji, przywódczej warstwy narodu.
Poszukiwanie źródeł powstawania narodu ukraińskiego i  państwowości jest trudne. Sprawa wygląda bardzo podobnie do powstawania Polskiej Partii Robotniczej, gdzieś w jakimś pokoju grupa ludzi służąca czyimś interesom, coś tam uchwalała.
W słynnym Traktacie Brzeskim, 9 lutego 1918 roku, w którym Niemcy „ofiarowali” Ukrainie Ziemię Chełmską, Ukraińską Republikę Ludową, fikcyjne państwo ukraińskie, nieokreślone terytorialnie, bez administracji i bez wojska, reprezentowali dwaj młodzi ludzie, 27 letni były student Aleksander Sewruk i nieco młodszy Mikołaj Lewicki.
Ta Ukraińska Republika Ludowa nie została dostrzeżona przez sowieckich historyków, o  następnym „państwie ukraińskim" ogłoszonym 1  listopada 1918 roku pisali jako o burżuazyjno - nacjonalistycznej, antyradzieckiej państwowości. Podobnie historycy sowieccy zaliczyli Orlęta Lwowskie do wojsk burżuazyjno mieszczańskiej Polski, a strajki polskich robotników we Lwowie, jako poparcie dla sowieckiej walki proletariatu. (Praca zbiorowa Instytutu Nauk Społecznych, Ukraińskiej Akademii Nauk pt. Historia Lwowa - Kijów 1984)
 
Intryga austriacka ułatwiła Ukraińcom opanowanie Lwowa. Gdy mężczyźni ze Lwowa byli na froncie włoskim, a w mieście pozostała tylko młodzież, kobiety i starcy, 1 listopada 1918 roku do Lwowa zostały skierowane pułki Strzelców Siczowych.
Czy wtedy Ukraińcy chcieli zakładać we Lwowie jakąś tam Zachodnio Ukraińską Republikę Ludową? Jest to oczywisty nonsens, im się marzyła Wielka Ukraina. Potwierdza to afisz wywieszony na murach miasta, zawierający apel do mieszkańców Lwowa wzywający do spokoju i  posłuszeństwa.
Ukraińcy we Lwowie utrzymali się 22 dni, regularna armia ukraińska przegrała z ‚Lwowskimi Dziećmi”.
Po nadejściu odsieczy z Krakowa walki z  Ukraińcami trwały w  Małopolsce Wschodniej do początku lipca 1919 roku.
Na Ukrainie były również próby tworzenia państwa ukraińskiego, wśród nich dwie zasługują na szczególną uwagę. Jedna z nich wydała znaczki pocztowe, z nadrukiem tryzuba na znaczkach rosyjskich.
Bohaterem pierwszej był ataman Pawło Skoropadski, generał carski i monarchista, jego na hetmana Ukrainy narzucili Niemcy.
Do niego do Kijowa po pomoc pojechali Ukraińcy ze Lwowa, dr Osyp Nazaruk i inżynier Włodzimierz Szuchewycz.
Skoropadski obawiając się otwartego konfliktu z Polakami wyraził jedynie cichą zgodę na wysłanie pułku Strzelców Siczowych organizowanego z  jeńców wojennych, z armii austriackiej, pod dowództwem Jewhena Konowalca. Delegaci ukraińscy pojechali wtedy do Białej Cerkwi do Konowalca, aby dowiedzieć się od niego, że Kijów jest ważniejszy od Lwowa i  pomocy nie da.
Drugim ośrodkiem państwowotwórczym kierował ataman Ukrainy Semeon Petlura, członek Ukraińskiej Partii Socjaldemokratycznej, dowódca wojsk Ukraińskiej Centralnej Rady, a  następnie członek Dyrektoriatu. Semeon Petlura był przeciwnikiem Skoropadskiego.
Ataman Petlura z Józefem Piłsudskim zawarli układ wojskowo - polityczny, który nie znalazł uznania u Ukraińców z  Małopolski Wschodniej, a  jego armia w tym środowisku zyskała zaledwie niecałe półtora setki ochotników.
Wszystkie te ugrupowania były za słabe do tworzenia ukraińskiej państwowości. Tak jak w  przypadku Polskiej Partii Robotniczej, tak samo w przypadku Ukrainy siłą taką dysponował Stalin i co by nie mówić on został jedynym architektem nie tylko Polskiej Partii Robotniczej, ale również Państwa Ukraińskiego, które stworzył jako Ukraińską Socjalistyczną Republikę Sowiecką.
Na początku istnienia Związku Sowieckiego wydawano znaczki poszczególnych republik.
Stalin uzyskał międzynarodowe uznanie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i  później wprowadził ją do ONZ, jako jeszcze jeden swój głos. Tak powstało pierwsze państwo ukraińskie.
Ukraina uzyskała suwerenność w wyniku rozpadu Związku Sowieckiego, który dla Polaków był zawsze obcym mocarstwem, podobnie jak Polska Partia Robotnicza była moskiewską agenturą, służącą obcym interesom.
Jest to prawda oczywista niezależnie od wszystkich zbrodni stalinizmu, które dotknęły przede wszystkim naród rosyjski, następnie ukraiński, polski i wszystkie narody zależne od Związku Sowieckiego.
A jak to było z Zachodnio Ukraińską Republiką Ludową, w  jakim „pokoju” ją zakładano i kim byli ci ludzie.
Jedynym śladem, na który trafiłem, są cztery znaczki pocztowe wydane 20 listopada 1918 roku. I tak znaleźliśmy „pokój", w którym zakładano Zachodnio Ukraińską Republiką Ludową. Ta grupa Ukraińców odcięła się od znaku tryzuba i przyjęła na swój herb złotego lwa na polu błękitnym.
We Lwowie było 25 urzędów pocztowych (cztery nieczynne, używane okolicznościowo). W urzędzie „Lwów 8" przy ulicy Wałowej 14 pracowali Ukraińcy, którzy znaczki austriackie przestemplowali ręcznie metalowym stemplem wykonanym przez grawera Appela, lwowskiego Żyda. Znaczki te kursowały dwa dni, ponieważ 22 listopada Lwów był już wolny.
Pozostałe grupy zostawiły po sobie zarówno znaczki pocztowe jak i pieniądze. Na jednych i  drugich znajduje się znak tryzuba.
Pieniądze ukraińskie z 1918 roku wydane na Ukrainie i w Małopolsce Wschodniej różniły się, na Ukrainie obowiązywały ruble nazywane po ukraińsku karbowańcami, a na terenie Małopolski Wschodniej hrywny, czyli po polsku grzywny, zgodnie ze staropolską tradycją.
Na targowisku staroci w Jeleniej Górze, jakiś potomek Ukraińców ze Stanisławowa, sprzedał mojemu znajomemu protokół wydania znaczków ukraińskich.
Urzędnik pocztowy napisał protokół po niemiecku pismem gotyckim. Na formacie A3 naklejone są wzory wszystkich znaczków austriackich z nadrukami Poczta Ukraińskiej Republiki Ludowej z  podaniem liczby sztuk. Protokół podpisał w Stanisławowie 7 maja 1919 roku Naczelnik Wydziału Gospodarczo - Materialnego Dyrekcji Poczty Stefan Poburennyj. Pieczątka w stylu austriackim Ekonomat Dyrekcji Poczty z tryzubem.
Podczas drugiej wojny światowej na Wołyniu znaczki z Hitlerem zaopatrzono w nadruk „Ukraine", ale pieczątka miejscowości jest z nazwą po polsku „Pińsk". Znaczki te wydawano w markach niemieckich. 
W tym czasie we Lwowie wydawano znaczki Generalnego Gubernatorstwa. Niemcy byli świadomi polskości Lwowa. Wartości znaczków były w złotych.
W czasie drugiej okupacji Sowieckiej Ukrainy we Lwowie Stalin nakazał postawić na Cmentarzu Janowskim polskim robotnikom, którzy zginęli przed wojną w starciach z policją podczas manifestacji i strajków pomniki z napisami po ukraińsku, czy też po rosyjsku, tym samym zaprzeczając ich polskiej narodowości.
Lwów jako „Zachodnią Ukrainę” włączono do sowieckiego państwa. Tak dokonało się dzieło Stalina, głównego architekta Ukrainy.

Zachodnia Ukraina.

Gdzie to niby jest ta Zachodnia Ukraina? Kiedy powstała? O Ukrainie pisał w Australii pan Leszek Zaczek ze Lwowa, według jego poszukiwań źródłowych „Ukrainą” nazywano Kresy Wschodnie, daleko na wschód od Kijowa, Połtawy, Charkowa, jako terytorium leżące na skraju, lub inaczej u kraju Polski, tam gdzie już były tylko Dzikie Pola. Tam to niby to dla obrony wschodnich granic, dziadek króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Dymitr Wiśniowiecki, założył formacje organizacji wojskowej nazywając ich po turecku Kozakami i nadał im rangę Wojsk Rzeczypospolitej, chociaż tak na prawdę tylko łupił ziemie tureckie. Ukraina, jako pojęcie geograficzne terytorium, weszła w skład Rzeczypospolitej wraz z Litwą, ale naród zamieszkujący te ziemie nazywał się Rusinami. Szlachta ruska stała się szlachtą polską.
Przed stu laty zaczął się formować współczesny naród ukraiński, niemal wyłącznie chłopskiego pochodzenia, dążący do swojej własnej państwowości. Nie ma się tu o co obrażać, ale nawet niezwykle utalentowany poeta, Taras Szewczenko był chłopem pańszczyźnianym.
Dzisiaj Zachodnia Ukraina znajduje się w Małopolsce Wschodniej i chociaż to się stało tak niedawno, nikt nie orientuje się jak i kiedy to się zaczęło. Dyskusje budzą emocje, ale trudno dojść do wiarygodnych źródeł. Chodzi o to by były to źródła oryginalne ukraińskie.
Wreszcie w 1983 roku ukazały się w druku źródła do stosunków polsko - ukraińskich (Published with Asystents Memorial Fund of Wasyl - Sofia Dmytrenko, Copy 1983 by Szewczenko Scientifik Society, Kotz, 1215 Summit Avenue, Jersey City, New York).
Ta dwu tomowa publikacja obejmuje całość źródeł dokumentów, w oryginalnych językach po rusku - ukraińsku, polsku, niemiecku itd. Publikacja wydana jest niezwykle starannie, szkoda tylko, że w Polsce jest ona nie do zdobycia. W dokumentach tych znalazłem potwierdzenie prawdziwości moich dotychczasowych opracowań opartych na źródłach polskich.
Kiedy pod koniec pierwszej wojny światowej, zarówno Niemcy, jak i Austriacy próbowali zagrać kartą ukraińską, problemem zasadniczym nie było to, że Ukraińcy nie mieli, jak ubolewa Wasyl Kuczabski, swojego Paderewskiego, ale to, że mieli bardzo nieliczną inteligencję i niepiśmienny naród.
Brakowało ludzi, którzy stworzyliby reprezentację narodową. Metropolitą grecko - katolickim we Lwowie został wnuk Aleksandra hr. Fredry, rodzony brat gen. Stanisława Szeptyckiego, któremu bez skutku proponowano naczelne dowództwo wojsk ukraińskich, on jednak wolał pozostać generałem polskim.
Wśród Ukraińców po stronie rosyjskiej i austriackiej tworzyły się kolejne, samozwańcze rządy z reprezentacji różnych środowisk. Jedną z pierwszych reprezentacji ukraińskich był tajny zjazd studentów. W słynnym Traktacie Brzeskim, 9 lutego 1918 roku, w którym Niemcy „ofiarowały” Ukrainie Ziemię Chełmską,, Ukraińską Republikę Ludową, nieokreśloną terytorialnie, bez administracji, bez armii, fikcyjne państwo ukraińskie reprezentowali: były student dwudziestosiedmio letni Aleksander Sewruk i nieco młodszy Mikołaj Lewicki. Niemcy próbowali nadać rozgłos tej sprawie, licząc na zaopatrzenie swoich wojsk w żywność, zapomnieli jednak o tym, że to nie Ukraińcy o tym decydują, a ziemia na Ukrainie była własnością Rosjan i Polaków. Zamiast tego Traktat Brzeski wywołał lawinę polskich protestów dyplomatycznych i wojskowych. Jednym ze skutków było przejście brygady gen. Józefa Hallera przez front pod Rarańczą do formacji polskich po stronie rosyjskiej.
Rozpadającą się Monarchię Austriacy próbowali ratować przez przyłączenie do niej Ukrainy. W Wiedniu obiecywano Ukraińcom podzielenie Galicji i mianowanie dla Galicji Wschodniej namiestnika Ukraińca. Lwów, który był ogniskiem wszelkich działań polskich, miał stać się ukraińskim Piemontem do podbicia Ukrainy. Stało się tak co prawda ponad siedemdziesiąt lat później, jednak już bez udziału Austrii. W tamtym czasie organizowano Strzelców Siczowych, chociaż nie na Siczy, lecz na Bukowinie i typowano na króla Ukrainy, Wilhelma Habsburga, którego sami Ukraińcy przezywali ironicznie Wasylem Wyszywanym z racji ukraińskiej wyszywanej koszuli, w którą się stroił.
Dla ułatwienia działań ukraińskich, Austriacy wysłali ze Lwowa zmobilizowanych Polaków na front włoski, natomiast Strzelców Siczowych pod dowództwem Dymitra Witowskiego, który ogłosił się atamanem, czyli naczelnym wodzem, przesunięto z Czerniowiec do Lwowa. 1 listopada 1918 roku, ogłoszono we Lwowie powstanie Państwa Ukraińskiego, którego władzą została Ukraińska Rada Narodowa. Informowała o tym odezwa rozlepiona na murach miasta Lwowa. Dziesięciotysięcznej armii ukraińskiej pierwszy opór stawiła garstka studentów, młodzieży szkolnej i lwowskich batiarów, zdobywając różnymi, dziwnymi sposobami broń i amunicję. Ukraińcy nie mieli oparcia w mieście i po 22 dniach zostali wyparci ze Lwowa, w dniu tym nadeszła z Krakowa odsiecz, a w czerwcu 1919 roku resztki wojsk ukraińskich wycofały się za Zbrucz, przechodząc na stronę bolszewików. Wojska te, dla odróżnienia od wojsk ukraińskich powstałych po stronie rosyjskiej nazwano w 1920 roku wojskami zachodnio-ukraińskimi, a historycy sowieccy stworzyli historię Zachodniej Ukrainy. W 1918 roku Ukraińcom marzyła się Wielka Ukraina i nikt nie myślał o tworzeniu jakiejś tam namiastki szczątkowej Zachodniej Ukrainy. W rozszerzaniu socjalizmu na świecie każda metoda była dobra, jednym z etapów miało być oderwanie od Polski jej wschodnich ziem, w tym celu przy pomocy polskich komunistów w 1923 roku przekształcono Komunistyczną Partię Wschodniej Galicji na Komunistyczną Partię Zachodniej Ukrainy. Tak to po raz pierwszy oficjalnie została użyta ta nazwa.
W historii spotyka się wiele nieprawdziwych, często zabawnych „faktów” historycznych. Humorystyczne jest umieszczenie, autorstwa Władysława A. Serczyka, w Historii Ukrainy „wynalezienie ognia”(s.13), bardziej powściągliwa jest książka pt. „Ukraina i Ukraińcy” wydana po angielsku na dwustolecie Australii, której autorzy ograniczyli się do czwartego wieku po narodzeniu Chrystusa, kiedy to rzekomo już powstała Ukraina na skraju Persji, co prawda nazywała się Antae, ale po persku to znaczy to samo co po polsku Ukraina. Historycy nazywali Kazimierza III, Kazimierzem Wielkim, Królem Chłopów, a Władysława II, Władysławem Warneńczykiem, który najprawdopodobniej nie zginął pod Warną, ale umarł 40 lat później na Maderze.
Wuj mojej Mamy, prof. Czesław Nanke w Historii Nowożytnej tom II wydanej w 1926 roku na str.271 nazwał wydarzenia z 1918 roku we Lwowie, powstaniem Rzeczypospolitej Zachodnio Ukraińskiej, jest to może niezamierzone, ale fałszywe historycznie.
Daniel Beauvois prof. Uniwersytetu w Lille w książce pt. „Polacy na Ukrainie 1831-1863" (Paryż 1987) określa jako Zachodnią Ukrainę trzy gubernie zaboru rosyjskiego obejmujące Kijowszczyznę, Wołyń i Podole, ze stolicami Kijów, Żytomierz i Kamieniec Podolski.
Kamieniec Podolski nigdy nie był miastem ukraińskim, leżał na Ziemi Czerwieńskiej i dlatego został włączony przez Kazimierza III do Polski, jednak był w zaborze rosyjskim i być może tym kierował się prof. Beauvois zaliczając go do Zachodniej Ukrainy.
Przed rozbiorami (1770 r.) w skład Ukrainy zaliczano trzy województwa: kijowskie, bracławskie i tytularne czernichowskie.
Pierwszym dokumentem wprowadzającym nazwę Zachodnia Ukraina w dzisiejszym zrozumieniu, stał się stalinowski akt z 26 października 1939 roku, spisany w Teatrze Wielkim we Lwowie z udziałem polskich komunistów z Wandzią Wasilewską na czele, w którym uchwalono prośbę do Rady Najwyższej ZSRR o przyjęcie Zachodniej Ukrainy do składu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej - pierwszego „państwa” ukraińskiego.

Trucizna “Mówią Wieki”

Numer wrześniowy (2008 roku) Magazynu Historycznego „Mówią Wieki” wydano dla uczczenia 350 rocznicy Unii Hadziackiej oraz ukraińskiej epopei niepodległościowej. Unia Hadziacka nie miała żadnego znaczenia w naszej historii, a ukraińską epopeję niepodległościową można zmieścić w dziele Stalina i polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych.
Na stronie 7 jest artykulik pt. „Historia w karykaturze”, myślę, że wszystkim artykułom o Ukraińcach w tym numerze można nadać wspólny tytuł „Karykatura historii”. Nie ma jednego artykułu, w którym by nie było propagandy ukraińskich nacjonalistów sprytnie umieszczonej wśród prawdziwych wydarzeń historycznych.
Już tytuł główny: „Ukraińcy i Polacy w XVII – XX wieku” jest oszustwem, bowiem Polacy faktycznie mogą występować pod tymi datami, a także dużo wcześniej. Pierwszy koronowany w 1025 roku król Polski Bolesław Chrobry z pewnością był świadomy swojej narodowości, jak również tego, że jego matka była Czeszką. Mikołaj Rej z Nagłowic urodzony 4 lutego 1505 roku w Żórawnie koło Halicza, zmarły wczesną jesienią 1569 roku (dokładna data nie jest znana) prawdopodobnie w założonym przez siebie Rejowcu, był pierwszym wybitnym polskim pisarzem. Napisał o sobie: „Bom ja też prosty Polak, nigdzie nie jeżdżając, tum się pasł na dziedzinie, jako w lesie zając. ...” w XVI wieku był świadomy swej narodowości. Nie można tego napisać o Ukraińcach. Ukraińska szkoła poetów nie ma nic wspólnego z Ukrainą, reprezentowana jest przez pisarzy polskich: Antoniego Malczewskiego autora „Marii”, Seweryna Goszczyńskiego autora „Zamku Kaniowskiego” oraz Józefa Bohdana Zaleskiego autora „Dumki o hetmanie Kosińskim” i wielu innych zapomnianych już poematów. Malczewski zmarł wcześnie natomiast pozostali dwaj brali udział w Powstaniu Listopadowym.
Pierwszymi których się uważa za Ukraińców w XIX wieku była tak zwana ruska trójca: Markian Szaszkewycz, Iwan Wahylewycz oraz Jakiw Hołowaćky, a więc ruska trójca, jeszcze nie ukraińska. Wszyscy trzej zagubili się w życiu i zakończyli swój żywot każdy w innej opcji politycznej. W połowie XIX wieku Franz Stadion austriacki gubernator Galicji wymyślił Ukraińców do gry politycznej przeciw Rosji. W grudniu 1917 roku proklamowano pierwsze w historii państwo ukraińskie Ukraińską Socjalistyczną Republikę Sowiecką. Państwo to nie miało żadnych instytucji, nie miało granic, rządu, wojska – byli tylko bolszewicy jako wojsko całej Rosji, bez uznania międzynarodowego, państwo było fikcją. Równocześnie w Kijowie założono na tym samym terytorium Ukraińską Republikę Ludową. Rok później w zaborze austriackim 1 listopada 1918 roku we Lwowie proklamowano Państwo Ukraińskie, następnie w Stanisławowie Zachodnio Ukraińską Republikę Ludową. Dopiero pod rządami Stalina Ukraina zaistniała w polityce międzynarodowej. Tego przecież nie można zaliczyć do zbrodni Stalina.
Jeszcze w 1923 roku wnuk Aleksandra hrabiego Fredry arcybiskup greckokatolicki we Lwowie w homilii mówił „My Rusyny”. Dopiero w 1929 roku we Wiedniu została założona terrorystyczna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów.
A oto kolejne pigułki „Mówią Wieki”: Karol Mazur - Polski pług na Ukrainie, Serhij Lepjawko - Kraina mlekiem i miodem płynąca, Dariusz Milewski - Heroiczna doba kozaczyzny, Piotr Kroll - Hetmański cud Chmielnickiego, Mirosław Nagielski - Trudna droga pojednania, Piotr Kroll -  Rada Perejasławska w 1654 roku, Krzysztof Mikulski - Pokój Grzymułtowskiego, Rafał Zubkowicz - Drogi braci Szeptyckich, Bogusław Kubiszm - W Kijowie i we Lwowie, Włodzimierz Mędrzecki - Po obu stronach Zbrucza, Grzegorz Motyka - Od Wołynia do akcji „Wisła”!

„Polski pług na Ukrainie”
                                                             Karol Mazur

Karol Mazur w artykule pt. „Polski pług na Ukrainie” napisał o problemie polskiej ekspansji na Wschód, tylko, że to był problem ruskiej (Rusinów) ekspansji na Zachód, aby wyrwać się z niewoli tatarskiej i to właśnie jest jedna z ważniejszych kwestii dziejów Polski. Stąd wynikają oszustwa ukraińskich historyków o „polskiej okupacji Ukrainy” (dobrze, że w cudzysłowie). Nie ulega wątpliwości, że „ideologia marksistowska” wiele namąciła swoimi fałszywkami. Autor pisząc o integracji Wołynia i Ukrainy z pozostałymi ziemiami Rzeczypospolitej uniknął oszustwa łączenia Wołynia z Ukrainą, która wtedy nazywała się Rusią, zdając sobie sprawę z tego, że są to dwie odrębne krainy i już był bliski oceny w szerokim kontekście dziejów nowożytnej Europy. Unia polsko litewska była jakby zapowiedzią Unii Europejskiej, ale jakże różnej, dającej jednakowe prawa Polsce i Litwie i związanej z nią Rusią (Białą, Czarną i właściwą Kijowską – Ruś Czerwona już była integralną częścią Rzeczypospolitej). Magnateria i szlachta posiadała swoje prawa, miasta swoje, a chłopi byli bez praw. 
Magnateria polska nie posiadała tytułów książęcych, książęta piastowscy już wymarli, natomiast Litwa miała licznych książąt litewskich z dynastii Giedyminowiczów (Czartoryskich, Radziwiłłów) i ruskich nie tylko z dynastii Rurykowiczów (Ostrogskich, Zasławskich, Czetwertyńskich, Sanguszków, Sapiehów, Zbaraskich, Wiśniowieckich i jeszcze innych nie wymienionych przez Karola Mazura). Wiele różnych względów przyczyniło się do powstania związków małżeńskich Polaków, Litwinów, Rusinów zarówno na poziomie arystokracji jak i szlachty, jak napisał Karol Mazur miało to wpływ na przyśpieszenie politycznej integracji z Koroną, a może też na zacieranie różnic w rozwoju w wyniku reform Zygmunta Augusta króla polskiego.
Teza o zrównaniu praw chłopów ruskich z polskimi to już bajka wymyślona przez Karola Mazura, chłopi polscy byli poddani ciężkiemu jarzmowi pańszczyzny. Głośna była sprawa mieszczanina lwowskiego Kampiana, pochodzenia chłopskiego o którego dochody upominał się jego dawny (pan) właściciel. Pańszczyzna na Rusi była zamieniana na stosunkowo niewielkie oczynszowanie, aby utrzymać chłopów na gospodarce, tu była bardzo łatwa ucieczka z pańszczyzny, tak bowiem bliskie były dzikie pola. Trudno przypuścić aby Karol Mazur o tym nie wiedział.
Rodowód kozaków był stosunkowo młody. Pierwszych kozaków założył Dymitr Wiśniowiecki, jednak nie w celu obrony granic Rzeczypospolitej. Kozacy służyli Dymitrowi Wiśniowieckiemu do wypraw łupieskich na Turcję. Tak powstała olbrzymia fortuna Wiśniowieckich, a może też herb (litewski) Korybut i tytuł książęcy.
W artykule podkreślona jest kwestia synodu brzeskiego z 1596 roku o unii Kościoła Katolickiego z Cerkwią Prawosławną w całej Rzeczypospolitej (a nie tylko w województwie ruskim – jak pozostało w zaborze austriackim).
Wyznawcy prawosławia mieli pełne prawa i dochodzili swych praw w instytucjach ustrojowych Rzeczypospolitej – oto dowód jak wielka była wtedy tolerancja i poszanowanie prawa. W państwie polskim rola kniaziów litewsko – ruskich była ogromna.
„Akcja kolonizacyjna na Ukrainie” była efektem „lustracji pustek ukrainnych”. W dzisiejszym słownictwie występuje zasadnicza różnica między słowem „Ukraina” i „pustkami ukrainnymi”. To nie jest równoznaczne z „okupowaniem Ukrainy, czy też ziem ukrainnych”. To jest kolonizacja ziem niczyich – pustek wyludnionych po jasyrze tatarskim. Kolonizacji towarzyszyły postulaty budowy „przedmurza chrześcijańskiego” jako ważniejsze od korzyści gospodarczych, tworzenie zapory przed Tatarami, stąd były propozycje utworzenia specjalnej szkoły rycerskiej dla szlachty i kozaków (?) – napisał Karol Mazur, bez podania źródeł tej fantastycznej informacji.
Faktem jest, że przedstawiciele rodów kniaziowskich i magnackich już u schyłku XVI wieku wybudowali szereg zamków i zameczków w Perejasławiu, Korsuniu, Czehryniu, Łubniach i wielu innych miejscowościach, które były nie tylko „centrum obronnym, ale także ośrodkiem handlowym i agrarnym” z pewnymi formami samorządowymi. W obu województwach ukrainnych {a więc nie na Ukrainie!} (kijowskim i bracławskim – pominięto w artykule trzecie województwo czernichowskie [dlaczego?]) założono ponad 300 takich miasteczek. Dopiero w dalszym tekście Karol Mazur napisał, że w województwie czernichowskim i na Zadnieprzu liczba ludności wzrosła 200 – 300 krotnie. Ekspansja „koroniarzy” świadczy o tym, że ludność dzisiejszej Ukrainy w dużym stopniu jest pochodzenia polskiego.
Z nieznanych mi powodów Karol Mazur zmienił pisownię i napisał Czernichów przez samo h. Karol Mazur napisał, że po wygaśnięciu „możnego rodu kniaziów Ostrogskich ich dobra odziedziczyli magnaci z Korony, m.in. Tomasz Zamojski” wydaje mi się, że głównymi spadkobiercami byli książęta Zasławscy, ale nie pamiętam źródła. Jak podaje dr Rolle największą fortunę (nie na Ukrainie, tylko na ziemiach ukrainnych) posiadali Potoccy, około trzech milionów morgów, a Anna Potocka przyniosła w posagu Franciszkowi Salezemu Potockiemu 14.000 polskich rodzin pańszczyźnianych z nad Pilicy. Jednak na tych ziemiach wbrew temu co napisał Karol Mazur, pańszczyzna była trudna do utrzymania i powszechne było oczynszowanie. Nie bez wpływu było stałe zagrożenia tatarskie i obecność „kozaczyzny”, jednak bojarowie od dawna byli polską (ruską) szlachtą. Kozacy byli wielonarodowi, byli wśród nich nawet Tatarzy i Turcy, jak również szlachta polska żądna przygód i słynąca z warcholstwa. Ich nielojalność i nieposłuszeństwo stały się zalążkiem przyszłych konfliktów, w szczególności buntu kozackiego Bohdana Chmielnickiego, który doprowadził do oddania połowy tych ziem we władanie carów rosyjskich – czego Karol Mazur nie zauważył, pisząc o przekreśleniu możliwości bratniego współżycia Polaków i Rusinów w Rzeczypospolitej. Jednak szlachta ruska była już dostatecznie spolszczona.
Jak taki człowiek uprawiający antypolską propagandę ukraińskich nacjonalistów może być kierownikiem Sekcji Dydaktycznej Muzeum Powstania Warszawskiego?

“Kraina mlekiem i miodem płynąca”
                                                        Serhij Lepjawko

Serhij Lepiawko rozpoczął swój artykuł od stwierdzenia, że „najważniejszą korzyścią dla narodu ukraińskiego było znalezienie się w granicach jednego państwa”. „Do dzisiaj różnie ocenia się Unię Lubelską i towarzyszącą jej nie mniej ważną zmianę geopolityczną, w wyniku której Ukraina (Ruś) została inkorporowana do Korony Polskiej”. Ponieważ to była Ruś, nie można mówić o ziemiach ukraińskich, ani o Ukraińcach! „Kluczową rolę odgrywała bliskość granicy” i to jest kolejny błąd, w tym czasie Rzeczpospolita nie miała w tym miejscu wschodniej granicy, tam były już „dzikie pola”. Ruś Czerwona nigdy nie była częścią Ukrainy! Natomiast ziemie wschodnie Rzeczypospolitej były wyludnione przez stałe najazdy tatarskie i dlatego musiały być stale kolonizowane. Również polscy chłopi uciekali z pańszczyzny na wschód, gdzie nawet w wielkich latyfundiach magnackich nie było pańszczyzny, a chłopi byli oczynszowani. Dawało to pewną wolność i niezależność.
Ruś w większości miała znaczne zacofanie oświatowe. Świadomi tego byli obaj książęta Ostrogscy: Konstanty Wasyl i Konstanty. Ci polscy magnaci wyznania prawosławnego zadbali o szkolnictwo w celu podniesienia oświaty i kultury społeczeństwa. Tu miał możliwość pracy drukarz moskiewski Fiodor, który uciekł z więzienia w Moskwie. Ukraińcy uważają tego Moskala za ukraińskiego drukarza. Tu zdobył wykształcenie szlachcic i hetman kozacki Piotr Konaszewicz Sahajdaczny i wielu innych. Również świadomy zacofania i niskiego poziomu wykształcenia duchownych prawosławnych był metropolita kijowski Piotr Mohyła, pochodzący z Mołdawii, wykształcony w kulturze łacińskiej. Serhij Lepiawko nie wie, że unici są katolikami obrządku wschodniego, nie wie o tym, że szlachta ruska była częścią szlachty polskiej i miała te same prawa, nie zna również historii szkolnictwa na ziemiach polskich (nie ukraińskich), a mimo wszystko jest historykiem w Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym w Czernichowie. Serhij Lepiawko wymyślił sobie, że kozaczyzna powstała dla obrony ludności, której ponad milion poszło w jasyr tatarski. A jeśli mówić o jakimś konflikcie, to trzeba zwrócić uwagę na konflikt kozaków z ruską szlachtą (nie ukraińską, bowiem takiej nigdy nie było). Jeśli Chmielnicki był szlachcicem to nie ukraińskim, tylko mazowieckim. I nie ma tu analogii genezy z kozakami dońskimi w państwie moskiewskim, ani z innymi formacjami kozackimi w państwie moskiewskim, powołanymi do pilnowania zesłańców na rozległych obszarach Sybiru. Jeżeli hajducy w artykule pisze się przez małe h, podobnie należy pisać kozacy. 

“Heroiczna doba kozaczyzny”
                                                      Dariusz Milewski

Dariusz Milewski napisał, że „heroiczna doba Kozaczyzny” odnosi się właściwie do pierwszego ćwierćwiecza XVII wieku. ... Dla nas (?) to określenie jest jednak hasłem wywoławczym do opisania zbrojnych i łupieskich działań Kozaków zaporoskich przed powstaniem (?) Bohdana Chmielnickiego. Dalej napisał, że kozaczyzna powstała na Ukrainie, i już mija się z prawdą. Kozacy zaporoscy mieli swoją siedzibę – obóz wojskowo rodzinny na Zaporożu, na Siczy Zaporoskiej, u kraju Rzeczypospolitej, a nie na Ukrainie. 
Założyciel kozaków zaporoskich Dymitr (Bajda) Wiśniowiecki, syn Iwana, wnuk Michała Zbaraskiego – Wiśniowieckiego nie był dziadem osławionego kniazia Jaremy. Jeremi Wiśniowiecki był prawnukiem Aleksandra czwartego syna Michała Zbaraskiego – Wiśniowieckiego. 
Kozacy byli formacją typu wojskowego nie związaną z żadną narodowością, kozacy kubańscy służyli Turcji, Rosja miała kilkanaście formacji kozackich. Nazwa kozak jest pochodzenia tureckiego. 
Liczne bunty kozaków zaporoskich powstawały na tle finansowym i dotyczyły liczby kozaków rejestrowych i żołdu. Można by dyskutować czy kozacy bardziej służyli w obronie Rzeczpospolitej, czy w wyprawach łupieskich na Turcję bardziej szkodzili Rzeczpospolitej powodując najazdy tatarskie i wojny z Turcją. Na żądanie sułtana jeden z czołowych kozaków Iwan Podkowa (Pidkowa) został we Lwowie osądzony i ścięty (1578). 
Na wyprawach łupieskich Dymitr Wiśniowiecki dorobił się wielkiej fortuny stawiając Wiśniowieckich w pierwszej linii magnaterii polskiej. Jednakże opis wypraw łupieskich i buntów kozackich trudno nazwać „heroiczną dobą Kozaczyzny”. Tak samo jak buntu kozaków Chmielnickiego nie można nazywać powstaniem, a oddanie połowy Ukrainy carom rosyjskim należy nazwać zdradą, która doprowadziła do upadku kozaczyzny zaporoskiej. W efekcie końcowym na dzisiejszej Ukrainie mieszka 16 milionów Rosjan. Oto skutki „heroicznej doby Kozaczyzny”. Dariusz Milewski historyk wojskowości Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie nie zauważył do czego doprowadziła nielojalność kozaków zaporoskich.

“Hetmański cud Chmielnickiego”
                                                                 Piotr Kroll

Piotr Kroll rozpoczął swój artykuł od rzekomego cytatu setnika Pilipa Umańca z 1653 roku: „W 1648 roku zniknął na Ukrainie stary system władzy zastąpiony strukturami tworzącego się państwa kozackiego. A teraz za łaską Bożą, tu, w naszym kraju, nie ma ani wojewodów, ani starostów. Daj Boże zdrowia panu Bohdanowi Chmielnickiemu, hetmanowi wojska zaporoskiego! A pan pułkownik u nas za wojewodę, a pan setnik za starostę, a ataman grodowy za sędziego”. Oto według Umańca na „Ukrainie" nie było państwa ukraińskiego, tylko państwo kozackie i wojsko zaporoskie, ale nie było chaosu tylko kto inny pełnił obowiązki wojewody, starosty i sędziego. Piotr Kroll nie zauważył w tym cytacie braku podstawowych elementów propagandy ukraińskich nacjonalistów. Na Ukrainie nie było państwa ukraińskiego, tylko państwo kozackie i wojsko zaporoskie.
Rejestrowe pułki kozackie pojawiły się dopiero w 1625 roku, a już w 1648 roku był bunt kozacki. Kozacy tworzyli jednostki bojowe zorganizowane w „okręgach terytorialnych”, byli podporządkowani władzom państwowym, hetmanowi (kozackiemu) i sejmowi (oczywiście polskiemu), a starszyzna miała uprawnienia ograniczane do spraw wojskowych. Niezależnie od „okręgów terytorialnych” kozacy służyli również po dworach magnackich. Nazywanie buntu kozackiego powstaniem jest już propagandą sowiecką. Już w czasach Piotra Sahajdacznego – Konaszewicza zaistniały problemy z kozakami dotyczące liczby rejestrowych kozaków i możliwości nabywania przez ich starszyznę równouprawnienia szlacheckiego, na co nie było zgody sejmu.
W tekście wstępnym Piotr Kroll napisał właściwie: „na ziemiach ukrainnych zlikwidowano struktury Kościoła Katolickiego ...” Chmielnicki nie mógł rozpoczynać tworzenia pułków, bowiem one już istniały, a polityka zagraniczna i wewnętrzna jest już wymysłem dzisiejszym. Trudno nazywać polityką zagraniczną i sojuszami międzynarodowymi miotanie się pomiędzy Tatarami, Turkami i Moskwą. Tak samo zatargi wewnętrzne starszyzny i rady nie służyły państwowości kozackiej. Państwo kozackie zostało pogrzebane w Perejasławiu, gdy działania Chmielnickiego doprowadziły do oddania carowi połowy „Ukrainy” i Kijowa na trzy lata (który nigdy już nie wrócił do Rzeczypospolitej). Rzeczypospolita była zmuszona do zatwierdzenia tego stanu w Rozejmie Andruszowskim. Czy autor może mówić, że to był sukces Chmielnickiego? Ponad 60.000 „Kozaków” i 20 – 30 pułkowników i cały sztab urzędników, wszystkie instytucje państwowe i sprawna administracja, tyle sotni w Czerkasach, Kaniowie, Korsuniu, Kijowie, Czernihowie, Niżyniu, nie było w stanie przeciwstawić się zaborowi carskiemu! Nie pomogły stosunki międzynarodowe kancelarii hetmańskiej! Faktycznie razem z Piotrem Krollem można to nazwać cudem.
Do tego co napisał Piotr Kroll trzeba dodać, że już Taras Szewczenko nazwał po imieniu zdradę Chmielnickiego, a pomnik w Kijowie postawił mu car rosyjski Aleksander III. Na pomniku była tablica z treścią w tłumaczeniu polskim: „Mamy wolę być pod carem moskiewskim, prawosławnym ukraińskie wojsko Siczowniki”. Stalin tę tablicę kazał usunąć, nie było już cara ani prawosławia, ale hucznie obchodzono 300 lecie połączenia Ukrainy z Rosją. Trudno mi się dopatrzyć sensu w artykule Piotra Krolla.

Trudna droga pojednania”
                                                        Mirosław Nagielski

Ten tytuł odnosi się do sytuacji obecnej po dokonanej przez OUN – UPA zbrodni ludobójstwa, czy podobna sytuacja istniała w XVII wieku? Mirosław Nagielski nadmiernie przypisuje zasługi hetmana zaporoskiego w elekcji Jana Kazimierza Wazy na tron polski, jednocześnie stara się obciążyć księcia Jeremiego Wiśniowieckiego winą za bunt kozacki. Trudno też pogodzić się z jego opinią o starożytności ruskiego rodu Wiśniowieckich. Wiśniowieccy pojawili się pod koniec XV wieku.
Nie można pisać tak jak napisał Mirosław Nagielski o konflikcie jako o „powstaniu” kozaków zaporoskich, można napisać, że konflikt był przyczyną wybuchu buntu kozackiego i powodowany był sprawami związanymi z liczbą rejestru i wypłacaniem żołdu przez Rzeczpospolitą. Natomiast pisanie o powstającym państwie ukraińskim jest fantazją propagandy ukraińskich nacjonalistów w imieniu których występuje Mirosław Nagielski.
Polska wyszła ręką obronną z traktatu rozbiorowego w Randot zawartego 6 grudnia 1656 roku, w którym król szwedzki Karol Gustaw, władca Brandenburgii Fryderyk Wilhelm Hohenzollern, książę siedmiogrodzki Jerzy II Rakoczy oraz książę Bogusław Radziwiłł i Bohdan Chmielnicki podzielili między siebie terytorium Rzeczypospolitej. Moskwa w tym rozbiorze nie brała udziału.
Prawdą jest, że na ziemie ukrainne miały apetyt i Moskwa i Turcja. Car Aleksy Michajłowicz podniósł rejestr do 60.000 uzyskując “mięso armatnie” do wojny z Polską. W efekcie końcowym wygrała Moskwa zagarniając połowę tych ziem, co słaba Rzeczpospolita potwierdziła w Rozejmie Andruszowskim. Nastąpiły rządy administracji i wojewodów moskiewskich. Minęły lata zanim hetman kozacki i kozacy zostali zrównani z ludnością państwa moskiewskiego i utracili swoją swobodę na zawsze.
Dopiero wtedy kozacy spostrzegli, jakie w Rzeczypospolitej posiadali dobrodziejstwo - pełną autonomię, ale było już za późno. Unia hadziacka niczego już nie zmieniła, wszystko przekreśliła zdrada Bohdana Chmielnickiego i siła wojska moskiewskiego. Tego już Mirosław Nagielski nie napisał.
Czy taki człowiek może pracować w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego?
 

“Rada Perejasławska w 1654 roku”
                                                                      Piotr Kroll

18 stycznia 1654 roku w Perejasławiu Bohdan Chmielnicki z całym wojskiem zaporoskim złożył carowi przysięgę wierności – ... był to akt połączenia się Ukrainy z Rosją, a więc zdrada Rzeczypospolitej. Nie można zatem pisać tak jak napisał Piotr Kroll, że było to dążenie do zbudowania niezależnego państwa! kozacko ruskiego organizmu państwowego. Czy w tej sytuacji Piotr Kroll nie oszukuje pisząc, że to nie było działanie na rzecz podporządkowania Ukrainy carowi? Za co więc Aleksander III postawił w Kijowie Chmielnickiemu pomnik?
To nie ziemie ukraińskie były teatrem zmagań polsko kozackich, to były ziemie ukrainne, a to nie to samo! Ta przysięga wierności powtórzyła się w XX wieku, kiedy obywatele polscy żołnierze ukraińskiej dywizji SS „Galizien” składali przysięgę na wierność Adolfowi Hitlerowi. Czy na to nie wpadł Piotr Kroll?
Czy wiecznie pijany Chmielnicki rozważał skutki polityczne i wybierał korzyści z „rezygnacji wywalczonej (?) niezależności i podporządkowana się królowi polskiemu” lub oddania się carowi moskiewskiemu w Perejasławiu, to na pewno nie było elementem planu walki o niepodległą Ukrainę! Oto co wymyślił “historyk” z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego!
W tym przypadku Wasyl Buturlin dał się poznać jako genialny polityk w doprowadzeniu do podporządkowania tak dużych obszarów carowi moskiewskiemu tak małym kosztem! – tego Piotr Kroll nie zauważył. I to wszystko mimo nie zapewnienia kozakom zachowania wolności i swobód przez cara. Przeważyła głupota rzekomej obrony wspólnej wiary i wrogość wobec państwa polsko – litewskiego oraz świadomość własnej słabości.
Piotr Kroll napisał, że według raportów pod przysięgą na wierność carowi podpisało się 127 tysięcy ludzi (wielu pod przymusem), w tym ponad 64 tysiące kozaków. Niemniej jednak byli tacy, którzy odmówili złożenia podpisu, wśród nich prawosławny metropolita Kijowa Sylwester Kossów oraz część kozaków nieobecnych w Perejasławiu. Piotr Kroll widzi wyraźnie, że „Ukraina miała pozostać faktycznie niezależnym państwem z własnym rządem, systemem prawnym i politycznym, armią i administracją w konfederacji z Rosją połączona osobą panującego"! Już na wstępie zabroniono kozakom prowadzenia samodzielnej polityki zagranicznej (szczególnie kontaktów z Rzeczypospolitą i Turcją)! Do zbierania podatków wyznaczono urzędników carskich.
Jak napisał Piotr Kroll trafnie ocenił Chmielnickiego Aleksander Hercen: „Chmielnicki nie z miłości do Moskwy, lecz z nieprzyjaźni do Polaków oddał się carowi”.
Tak zakończył się artykuł kompromitujący Piotra Krolla. 

Pokój Grzymułtowskiego”
                                                           Krzysztof Mikulski

Pokój Grzymułtowskiego czyli koniec snów o jednej Ukrainie. Tak rozpacza Krzysztof Mikulski, jednak nie dlatego, że Polska utraciła połowę ziem ukrainnych, Smoleńsk i Kijów, ani z powodu wojny domowej wywołanej przez Jerzego Sebastiana Lubomirskiego.
Krzysztof Mikulski ubolewa nad tym, że przywódcy kozaccy miotali się bezsilnie w walce o niezależność kozacką, szukając pomocy u Tatarów. Przez nienawiść do wielkiej polskiej tolerancji oddali się w niewolę carowi moskiewskiemu. Ale nie dotrzymując przysięgi złożonej carowi, zdradziecko napadli na posłów moskiewskich i tureckich będących w drodze z Moskwy do Stambułu i zamordowali ich. Bardzo podobnie postąpili Ukraińcy w 1919 roku, gdy ostrzelali pociąg z powracającą misją wojskową aliantów za to, że nie uwzględniła ich żądań.
Krzysztofowi Mikulskiemu wydaje się, że „dywersja” na Krymie przyczyniła się do zwycięstwa Sobieskiego w walce z Tatarami pod Podhajcami i w rokowaniach rozejmowych.
Już wtedy dyplomaci polscy mogli się przekonać co są warte umowy z Rosją. Co prawda Krzysztof Mikulski zrzuca winę na stronę polską, przytaczając kolejne wydarzenia: w 1667 roku zmarła królowa Maria Ludwika, a we Wrocławiu pożegnał się ze światem Jerzy Sebastian Lubomirski i rok później abdykował Jan Kazimierz jak napisał Krzysztof Mikulski zniechęcony nieszczęściami osobistymi i brakiem sukcesów politycznych. Moim zdaniem główną przyczyną abdykacji była ciągła anarchia i warcholstwo szlachty i możnowładców.
Pod panowaniem Michała Korybuta Wiśniowieckiego nic się nie zmieniło. Kozacy nadal miotali się bezsilnie i niczego nie uzyskali. Dopiero panowanie Jana III Sobieskiego na krótki okres poprawiło sytuację Rzeczypospolitej.
Skończyło się marzenie “ukraińskich nacjonalistów” o utworzeniu własnego, choćby autonomicznego państwa. Krzysztof Mikulski historyk czasów nowożytnych Instytutu Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu napisał, że Ukraińcy (których jeszcze nie było na scenie europejskiej) musieli odłożyć na kilka stuleci realizację tego marzenia. W 1683 roku został podpisany rozejm w Andruszowie, w którym nastąpiło przypieczętowanie zdrady Bohdana Chmielnickiego - tak też zostało to ocenione przez Tarasa Szewczenkę, ale o tym Krzysztof Mikulski już nic nie napisał. 

“Drogi braci Szeptyckich”
                                                           Rafał Zubkowicz

Szeptyccy to polski ród magnacki pochodzenia ruskiego.
Z siedmiu synów Zofii z Fredrów i Jana Szeptyckich pięciu dożyło sędziwego wieku – trzech Polaków i dwu Ukraińców. Rafała Zubkowicza, leśnika, kulturoznawcę, redaktora (?), i publicysty interesują szczególnie bracia Ukraińcy. O pozostałych braciach zamieścił zaledwie wzmianki.
Aleksandra zamęczyło gestapo, Leona rozstrzelali sowieci – nas natomiast interesuje jaki był udział nacjonalistów ukraińskich w dokonaniu tych zbrodni. Gen. Stanisław Szeptycki przeżył wojnę. Należy tu dodać, że proponowano mu stanowisko naczelnego wodza Strzelców Siczowych, ale on uważał to za zdradę i nie przyjął wątpliwego zaszczytu.
Klemens (Kazimierz) Szeptycki generał zakonu Bazylianów (czy też studytów) został wyniesiony na ołtarze Kościoła Greckokatolickiego w gronie błogosławionych.
Obaj Ukraińcy otrzymali staranne wychowanie i wykształcenie w polskich szkołach i na Uniwersytecie w Krakowie i we Wrocławiu. Roman, (podczas święceń kapłańskich przyjął imię Andrzej) który jako konkurent księcia Adama Sapiehy nie miał szans na stolicę metropolitalną w Krakowie, w krótkim czasie został arcybiskupem metropolitą Kościoła Greckokatolickiego we Lwowie.
Rafał Zubkowicz opisuje pozycję w społeczeństwie obu braci Ukraińców. Opisując stosunki rodzinne stara się przekonać czytelników o akceptacji postępowania obu braci przez rodzinę, co jest niezmiernie wątpliwe, tym bardziej, że było to postępowanie wybitnie antypolskie.
Rzekomo obydwaj bracia nic nie wiedzieli co się dzieje, nie wiedzieli o zbrodni ludobójstwa dokonywanego na ludności polskiej przez bandy banderowców spod znaku OUN – UPA mimo, że Andrzej Szeptycki był informowany o tym przez arcybiskupa rzymskokatolickiego Bolesława Twardowskiego. Rafał Zubkowicz napisał jak to bracia Ukraińcy ratowali Żydów przed śmiercią z rąk ich owieczek, a Ojciec Klemens został zaliczony do „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Ilu było tych uratowanych Żydów i jak się ma ta liczba do ofiar holokaustu tego nie znajdziemy u Rafała Zubkowicza. Ale jest tu zdanie obciążające Polskę za układy nacjonalistów ukraińskich z hitlerowskimi Niemcami.
Znajdujemy tu datę 1923 roku, ale nie w tekście wygłoszonej w tym czasie homilii księdza arcybiskupa „my Rusyny”, tylko o represjach polskich i o tym, że metropolita widział na tej polskiej ziemi Ukrainę! A jego rodzony brat gen. Stanisław Szeptycki był wtedy polskim ministrem spraw wojskowych.
Rafał Zubkowicz dla uwiarygodnienia tej perełki propagandy ukraińskich nacjonalistów napisał, że “Polacy nie potrafią darować arcybiskupowi greckokatolickiemu odezwy witającej wojska Hitlera we Lwowie, czy oddelegowania unickich kapelanów do ukraińskich oddziałów Waffen SS [“Galizien”]. A przecież arcybiskup Andrzej to prawie święty!
Dodajmy jeszcze Rafałowi Zubkiewiczowi do wiadomości, jak to duchowni greckokatoliccy święcili narzędzia zbrodni i mówili na kazaniach, że zabić Polaka to nie grzech. 

“W Kijowie i we Lwowie”
                                                     Bogusław Kubisz

W Kijowie i we Lwowie – ukraińska epopeja niepodległościowa 1917 – 1920. Ambicje Ukraińców galicyjskich boleśnie zderzyły się z niepodległościowymi dążeniami Polaków (regularna armia Strzelców Siczowych przegrała z lwowską młodzieżą we Lwowie pozbawionym mężczyzn wysłanych na front włoski), A Ukraińska Republika Ludowa nie oparła się bolszewickiej Rosji.
Bogusław Kubisz dla wyjaśnienia słabości sił Strzelców Siczowych zaniżył ich liczbę ponad pięciokrotnie. Strzelcy Siczowi nie byli mobilizowani we Lwowie, tylko na Bukowinie. Strzelcy Siczowi we Lwowie czuli się obco, to również przyczyniło się do ich porażki z Polakami.
Gdy później Symon (Szymon, czy też Semeon) Petlura poszukiwał w Małopolsce Wschodniej ochotników do swojej armii, znalazł ich zaledwie 141! Bogusław Kubisz to zataił.
Natomiast możemy dowiedzieć się, że na terenie Ukrainy jednocześnie istniały dwa państwa ukraińskie: Ukraińska Republika Ludowa (17 marca 1917 roku ukonstytuowała się Ukraińska Centralna Rada, która 20 listopada 1917 roku proklamowała powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej) oraz (utworzona 27 grudnia 1917 roku) Ukraińska Republika Radziecka (Sowiecka), obie republiki bez granic, na tym samym terytorium, bez rządów, bez jednolitej armii i jednolitego dowództwa. Bogusław Kubisz udaje, że nie wie jakie terytorium zajmował Wołyń, że w granicach Drugiej Rzeczpospolitej znalazła się tylko zachodnia część Wołynia jako województwo wołyńskie. Napisał natomiast jak to Niemcy rozdawali karty. W Brześciu nad Bugiem toczyły się rozmowy z Rosją Sowiecką i tu na złość bolszewikom w Traktacie Brzeskim 9 lutego 1918 roku państwa centralne uznały Ukraińską Republikę Ludową w zamian za milion ton zboża (zapomniano tylko, że właścicielami ziemskimi byli Rosjanie i Polacy). Niemcy ofiarowali Ukraińcom część Polesia i Ziemię Chełmską. Wywołało to protesty polskie, Koła Polskiego we Wiedniu, brygad legionowych i Polskiego Korpusu Posiłkowego. Dla uzupełnienia tych prawdziwych zresztą rewelacji trzeba dodać, że Ukrainę reprezentowali były student dwudziestosiedmioletni Aleksander Sewruk i nieco młodszy Mikołaj Lewicki.
Wśród wielu zamieszek na Ukrainie Niemcy ogłosili gen. rosyjskiego Pawła Skoropadskiego hetmanem Ukrainy, który po załamaniu się sił państw centralnych 14 listopada 1918 roku ogłosił federację Ukrainy z białą Rosją, a wkrótce ustąpił i uciekł do Niemiec.
Nieprawdziwe jest proklamowanie we Lwowie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej 19 października 1918 roku, nikt o tej proklamacji nie słyszał, natomiast 1 listopada wywieszono w mieście afisze o powołaniu we Lwowie państwa ukraińskiego. Odsiecz do Lwowa przybyła nie 20 listopada, ale 22, w tym samym dniu w którym Ukraińcy wycofali się z miasta. Natomiast władze ukraińskie nie udały się do Tarnopola tylko do Stanisławowa, o czym świadczą liczne dokumenty.
Tu już autor właściwie ocenił siły ukraińskie, jednak gdy napisał o „wmieszaniu się do konfliktu (ulubiony wyraz nacjonalistów ukraińskich) misji francusko – angielskiej” i gdy ta nie była skora do poparcia żądań ukraińskich i w drodze powrotnej została ostrzelana z broni maszynowej, fakt ten został pokryty milczeniem. Napisał o tym Maciej Kozłowski filoukraiński autor książki pt. „Między Sanem a Zbruczem".
Gdy wyparte za Zbrucz wojska ukraińskie zasiliły bolszewików, Stalin nazwał ich oddziały wojskiem zachodnioukraińskim. Bogusław Kubisz ubolewa, że marzenie o jednej Ukrainie nie mogło się spełnić. Tu jednak coś się pomyliło zawodowemu historykowi, sekretarzowi (?) „Mówią Wieki", bowiem napisał, że Polska uzyskała to co chciała, czyli przedrozbiorową granicę na Zbruczu. Pełna kompromitacja „Mówią Wieki" - granica na Zbruczu była granicą zaborów austriackiego i rosyjskiego.
Nie tak szybko nadeszła z Francji pomoc Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera.
Sojusz Piłsudskiego z Petlurą był nieporozumieniem, Petlura nie miał odpowiednich sił, a Piłsudski nie miał środków na prowadzenie wojny z bolszewikami. Skutecznie w tym przeszkadzali Niemcy i Czesi. Mimo wszystko Polsce udało się zachować niepodległość przez dwadzieścia lat.
Z tej niepodległości korzystali też ukraińscy nacjonaliści ciesząc się z niezmierzonej polskiej tolerancji wobec terrorystów. W Związku Sowieckim ich działalność byłaby niemożliwa. Cytowanie ukraińskiego historyka Iwana Łysiaka Rudnickiego czołowego propagandzisty i kłamcy jest szczególną bezczelnością Bogusława Kubisza. 

“Po obu stronach Zbrucza”
                                                Włodzimierz Mędrzecki

Ten artykuł powinien być nawiązaniem do ostatniego akapitu porównującego warunki życia Ukraińców po obu stronach Zbrucza. Oto już na wstępie autor przekonuje czytelnika, że polski historyk nie ma prawa pisać o tym ile dobrodziejstwa spotykało Ukraińców w państwie polskim, ponieważ Polska była zaborcą ziem ukraińskich, a to z pewnością spotkałoby się z dezaprobatą większości Ukraińców. Autor zamierza dokonać próby bilansu okresu międzywojennego jako etapu ukraińskiej drogi do niepodległości.
W Związku Sowieckim republiki rosyjska i ukraińska miały kilka wspólnych ministerstw: wojsk, finansów, gospodarki, kolei, pracy, poczt i telegrafów oraz handlu zagranicznego znajdujących się w Moskwie. Autor zapomniał o ministerstwie spraw zagranicznych, które reprezentowało wszystkie republiki sowieckie.
Państwo sowieckie nie obawiało się reakcji wsi ukraińskich. To już wymysł Włodzimierza Mędrzeckiego. Reakcja wsi ukraińskiej została zwyciężona „wielkim głodem”. Dominacja języka rosyjskiego widoczna jest na Ukrainie do dziś. Niemniej można pisać bajki o polityce ukrainizacji w USRS, o tym jak dzieci ukraińskie uczyły się w języku ojczystym, o tym jak naczelnym hasłem nowej polityki było tworzenie „komunistycznych w treści i narodowych w formie” nowych kultur nierosyjskich.
Bajka o bogatej gamie czasopism ukraińskich znajduje epilog w niepodległej Ukrainie, kiedy padały gazety drukowane po ukraińsku z powodu trudności czytania ich przez społeczeństwo Kijowa. Nawet „historyk Michajło Hruszewski, niegdyś prezydent Ukraińskiej Republiki Ludowej” przeszedł na żołd komunistów. (razem z utalentowanym literatem i intelektualistą Mychajłem Chwylowym, który jak napisał Włodzimierz Mędrzecki, zakończył życie samobójstwem).
Dalej autor napisał o sukcesie Nowej Polityki Ekonomicznej na Ukrainie, pozytywnie ocenionej przez większość politycznych ugrupowań ukraińskich w Polsce i na emigracji. Sukces ten znamy z historii. O dobrobycie w Związku Sowieckim pisała Wanda Wasilewska. Czytamy również, że „pewna grupa inteligencji ukraińskiej z Polski zdecydowała się na wyjazd do” USRS. Wkrótce nastąpiła era kolektywizacji rolnictwa i wielki głód na Ukrainie, który pochłonął nie jak napisał Włodzimierz Mędrzecki 3 – 4 miliony istnień ludzkich - ale 6 do 10 milionów ludności ukraińskiej całych wsi. Tak zdławiono opór chłopstwa przeciwko kolektywizacji. Pozbawiono ludność prawa do posiadania dowodu osobistego, przypisując kołchoźnika do ziemi, robiąc z niego niewolnika. A mimo to Ukraińcy w drugiej wojnie światowej bili się „za Stalina, za rodinu (ojczyznę)”. Trudno wyjaśnić w czym Włodzimierz Mędrzecki dopatruje się uformowania i upowszechnienia nowoczesnego ukraińskiego języka literackiego na Ukrainie. Ukraińska inteligencja techniczna na Ukrainie mówiła po rosyjsku.
Co innego miało miejsce pod „polską okupacją” dobrze, że w cudzysłowie. Nawet Włodzimierz Mędrzecki napisał tak, świadomy, że nie była to żadna okupacja. Tylko w Polsce Ukraińcy mogli ucztć się i mówić po ukraińsku. Dla Polaków było niezrozumiałe dlaczego Ukraińcy chcieli budować Ukrainę na polskiej ziemi. Do Polski należała tylko zachodnia część Wołynia. Żytomierz - tak bardzo polskie miasto znalazło się w granicach Związku Sowieckiego.
Jak wielka była w Polsce tolerancja, świadczy o tym fakt jak cackano się z terrorystami ukraińskimi. Istnienie terrorystów w Związku Sowieckim było niemożliwe. Tego Włodzimierz Mędrzecki nie napisał. Boli go tylko uznanie terytorialnego i politycznego status quo za fundament obecnych i przyszłych stosunków polsko – ukraińskich. Pisząc o terroryzmie ukraińskich nacjonalistów pominął ofiary ukraińskie, Ukraińców lojalnych wobec państwa polskiego. Przy okazji nakłamał o niechęci do przyjmowania Ukraińców do służby państwowej, do zatrudniania ich w szkolnictwie, na poczcie i kolei, ograniczaniu wolności słowa, prawa do zrzeszania się, stałej inwigilacji środowisk uznanych za potencjalne zagrożenie, gotowości do stosowania represji administracyjnych i politycznych.
Czy Włodzimierzowi Mędrzeckiemu nie znany jest fakt, że wspaniale prosperująca w całej Polsce ukraińska spółdzielnia „Masłosojuz” przemycała z Niemiec broń dla terrorystów z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Tu Włodzimierz Mędrzecki dopuścił się szczególnego oszustwa.
W dalszym tekście sam sobie zadał kłam pisząc o „nowej elicie i ukraińskich organizacjach społecznych, sieci spółdzielni gospodarczych, instytucjach oświatowych z Proświtą na czele etc, dalej, że „5.000 Ukraińców obywateli Drugiej Rzeczypospolitej uzyskało dyplomy wyższych uczelni głównie polskich”, gdy jeszcze w Austrii (w Galicji) w 1910 roku według GUS-u było 80% analfabetów wśród ludności ukraińskiej.
Kultura polska i język były atrakcyjne dla Rusinów już w XIX wieku, byli oni tego świadomi i w wielu przypadkach było to przyczyną wynaradawiania się Rusinów zamieszkałych w miastach. Natomiast na wsiach była sytuacja odwrotna, wielu Polaków chodząc do cerkwi przyjmowało kulturę ruską i też się wynaradawiało. Tak polska straciła 800 do 900 tysięcy szlachty zagrodowej.
Małopolskę Wschodnią Włodzimierz Mędrzecki jak przystało na nacjonalistę ukraińskiego konsekwentnie nazywa ziemiami zachodnioukraińskimi.
Na zakończenie wreszcie kilka słów prawdy ujawnionej przez Włodzimierza Mędrzeckiego „historyka dziejów najnowszych Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego oraz Instytutu Historii PAN” (oto gdzie ten „historyk” pracuje): „Szczególnie należy docenić znaczenie powstania Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki” Sowieckiej. Tego dzieła Stalina właściwego architekta dzisiejszej Ukrainy nie może przekreślić ani “kolektywizacja, ani wielki głód, ani czystki, ani nawet rusyfikacja lat trzydziestych”. 

Od Wołynia do akcji “Wisła”
                                                         Grzegorz Motyka

Po wieloletnich zabiegach Organizacji Kresowych i Kombatanckich udało się zwolnić Grzegorza Motykę z funkcji dyrektora IPN w Lublinie. Ostatnim rzutem na taśmę Grzegorz Motyka rozesłał do szkół w Polsce swoją truciznę w postaci teczek edukacyjnych. Teraz jako historyk dziejów najnowszych pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN i nadal ma możliwość w dalszym ciągu mącić w głowach młodzieży polskiej.
Już na wstępie artykułu Od Wołynia do akcji „Wisła” możemy przeczytać: „Na zbiorowej pamięci Polaków i Ukraińców ciąży historia konfliktu polsko – ukraińskiego w latach 1943 – 1947, przede wszystkim zaś ukraińskie mordy na ludności polskiej i w Galicji Wschodniej. Ale główną przyczyną ówczesnych nieporozumień był spór o granice. Wśród batalii, które musiała stoczyć odradzająca się w 1918 roku Rzeczypospolita, była też wojna z Ukraińcami. Polska wyszła z niej zwycięsko, zmuszając w lipcu 1919 roku oddziały ukraińskie do wycofania się za Zbrucz, czym przypieczętowała swoje prawo do Lwowa i całej Galicji Wschodniej”. Żadnego z wymienionych elementów nie można nazwać konfliktem, a już na pewno nie ludobójstwa, które Grzegorz Motyka przeważnie nazywa tylko mordami. W latach nasilenia ludobójstwa 1943 – 1947 od dawna nie było już Galicji prowincji austriackiej, która przestała istnieć w 1918 roku wraz z rozpadem Monarchii Austro – Węgierskiej. Wschodnia część Wołynia należała do Związku Sowieckiego i tam ukraińscy nacjonaliści nie mieli możliwości dokonywania zbrodni ludobójstwa. Lwów obroniła młodzież lwowska, Lwowskie Orlęta, mężczyźni ze Lwowa byli w tym czasie na froncie włoskim. Strzelcy Siczowi z Bukowiny byli agresorami obcymi w mieście i przegrali.
Prawdą jest, że w granicach Drugiej Rzeczypospolitej było ponad 5 milionów Ukraińców, czyli 16% wszystkich mieszkańców, podobna liczba Polaków pozostała za wschodnią granicą na swojej ojcowiźnie, oni także chcieli tam niepodległej Polski. Gdyby wtedy dokonano wymiany ludności nie byłoby „konfliktu”, a z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów poradziłby sobie Stalin bez problemów. Tylko Polska miała tak wielką tolerancję i cackała się z terrorystami.
Grzegorz Motyka dopuszcza się wielu oszustw, napisał o zniszczeniu w 1938 roku ponad 100 cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie, zapomniał o jeszcze jednej bardzo dużej w centrum Warszawy. Pozostawiono tylko tę małą na Pradze. I choć Grzegorz Motyka chciałby, aby te cerkwie były dowodem istnienia tam Ukraińców, to trzeba mu przypomnieć, że one były świadectwem carskiej polityki asymilacji państwowej i narodowej w zaborze rosyjskim. I kolejne kłamstwo: Ukraińcy nie byli w Polsce obywatelami drugiej kategorii i nadal nie są, posiadają własne szkoły, zdobywają wszystkie stopnie naukowe, a nawet bezkarnie opluwają Polskę w której żyją na równi z Polakami.
Dlaczego Ukraińcy koniecznie chcieli mieć Ukrainę w bohaterskim polskim mieście, we Lwowie? W mieście w którym nie ma nic ukraińskiego, nawet cerkwie budowali Polacy. O szansie na niepodległość dla Ukraińców można pisać bajki, bardzo szybko Niemcy wybili im to z głowy. Ukraina jako część Związku Sowieckiego była całkowicie podporządkowana władzy sowieckiej, która głodem wprowadzała swoje prawa. Nie można pisać, że Ukraińcy byli patriotami sowieckimi, bo walczyli w szeregach Armii Czerwonej. Pobór do wojska był obowiązkowy, w latach 1939 – 1941 pod okupacją sowiecką wcielano również Polaków do Armii Czerwonej.
Natomiast do SS „Galizien” Ukraińcy, również banderowcy wstępowali ochotniczo i składali przysięgę na wierność Hitlerowi. Tego Grzegorz Motyka nie napisał. Nakłamał natomiast, że w lutym 1943 roku Ukraińcy rozpoczęli walki partyzanckie przeciwko Niemcom, Sowietom i Polakom. Przy tej okazji rozpoczęte na Wołyniu ludobójstwo ludności polskiej nazywa również walkami partyzanckimi, a od lutego 1944 roku w „Galicji” „antypolską akcją”. W „walkach” z Polakami Grzegorz Motyka wymienia napady na Parośle, Janową Dolinę, w której zamordowano ok. 600 osób, następnie 11 lipca 1943 roku napad na 99 miejscowości – w tym Kisielin i Poryck i zgodnie z prawdą podaje, że „ukraińska partyzantka” mobilizowała do tego celu okolicznych chłopów uzbrojonych w siekiery i widły, nagradzając ich udział rabunkiem mienia Polaków. Należałoby napisać, że ludobójcze napady miały miejsce w ponad 2.000 miejscowości, a liczba ofiar ciągle jest nieznana i na pewno większa niż 200.000. Liczby ofiar podawane przez Grzegorza Motykę są jego ulubionym oszustwem. Ludobójstwo na Wołyniu dokonywane było bezkarnie, bowiem jak napisał Grzegorz Motyka dopiero na początku 1944 roku oddziały partyzanckie AK utworzyły 27 Wołyńską Dywizję Piechoty tworząc około 100 baz samoobrony. Nie napisał, ile z tych baz oparło się bandom UPA, ale jeśli na ten temat pisze, powinien przeczytać książki Adama Peretiatkowicza.
Oszustwem jest pisanie o partyzanckich walkach UPA Tarasa Bulby – Borowcia z partyzantką polską, bowiem w tym czasie nie było jeszcze żadnej polskiej partyzantki.
Natomiast prawdą jest, że Druga Rzeczypospolita prowadziła błędną politykę narodowościową, zwrócił na to uwagę Eugeniusz Romer w 1936 roku, kiedy władze polskie zaliczyły do narodowości ukraińskiej 800.000 - 900.000 polskiej szlachty zagrodowej. Należało radykalnie rozprawić się z terroryzmem OUN, a przede wszystkim doprowadzić w dwudziestoleciu Drugiej Rzeczypospolitej do wymiany ludności z Związkiem Sowieckim. Uchroniono by w ten sposób wiejską ludność polską przed wywózką do Kazachstanu.
W Małopolsce Wschodniej którą Grzegorz Motyka nazywa Galicją Wschodnią UPA rzekomo wydała rozkaz wysiedlania Polaków, tylko tego rozkazu nikt nie przestrzegał i tu ludobójstwo przebiegało sprawniej niż na Wołyniu mimo znacznie liczniejszej ludności polskiej i lepiej przygotowanej do obrony. Jednak po stronie ukraińskiej UPA była wspierana przez dywizję SS „Galizien” posiadającą pełne uzbrojenie z artylerią włącznie. Gdyby miał miejsce polski odwet zmalałaby odwaga band UPA i ludobójstwo nie osiągnęłoby tak wielkiej liczby ofiar. Niestety odwet był sporadyczny, prawie żaden. Tego Grzegorz Motyka nie zauważył. Wydumał natomiast front polsko – ukraiński o długości ponad 100 km, kiedy to spalono wiele ukraińskich wsi. Natomiast kilkaset zabitych w Pawłokomie Ukraińców obejmuje również tych, którzy w tym czasie byli na robotach w Niemczech. Nie dopuszczono do ekshumacji zwłok w obawie, że wyjdzie na jaw oszustwo w sprawie liczby ofiar. Podobnie było z paleniem ukraińskich wsi, które paliły sotnie UPA, aby nie mogły służyć Polakom uciekinierom ze wschodu.
To nie była akcja „Wisła”, tylko operacja wojskowa „Wisła”, której towarzyszyła akcja przesiedleńcza. Operacja ta nie miała nic wspólnego z komunistyczną władzą ani z represją zbiorową. Jedynie co można by dodać, to tylko to, że komunistyczna władza opóźniła tę operację ze względu na wiązanie sił polskiego podziemia przez bandy UPA. Wojsko chroniło przesiedlaną ludność przed ewentualnymi atakami band UPA, dzięki temu podczas przesiedlania nikt nie zginął. Grzegorz Motyka zapomniał podać liczbę ukraińskich ofiar zamordowanych przez ukraińską służbę “Bezpeky”, a to dlatego, że sprawą tą zajmuje się Ukrainiec Wiktor Poliszczuk. Grzegorza Motykę boli zestawianie dokonanych zbrodni ludobójstwa przez banderowców ze zbrodniami niemieckimi i sowieckimi oraz z holokaustem. Przyznając fakt ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich Grzegorz Motyka stara się przypisać dokonywanie ludobójstwa również w niektórych akcjach polskiego podziemia – zapewne ma na myśli odwet w Pawłokomie, nie tylko w Wierzchowinach. W zakończeniu Grzegorz Motyka stwierdza, że tylko UPA dopuściła się zorganizowanej na taką skalę czystki etnicznej, która w końcu nie osiągnęła żadnego skutku, bowiem o państwowej granicy polskiej decydował samodzielnie Stalin. To wspaniała konkluzja. O granicach dzisiejszej Ukrainy zadecydował sam Stalin!

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 10 odwiedzający (20 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=